wtorek, 19 czerwca 2012

Nowości z Amercomu 22

Tematem 62. numeru "Kolekcji wozów bojowych" będzie niemiecki lekki transporter amunicyjny Sd.Kfz. 252 Leichte Gepanzerte Munitionskraftwagen. Pismo będzie zawierało, tradycyjnie, historię powstania pojazdu i opis jego konstrukcji. Dodatkiem do numeru będzie gotowy model diecast w skali 1:72, przedstawiający opisywany pojazd wraz z przyczepką Sd.Anh 32 w malowaniu 210. dywizjonu dział szturmowych, działającego w rejonie Smoleńska w 1941 r.
22. zeszyt serii "Latające Fortece" będzie zawierał opis największej produkowanej seryjnie niemieckiej łodzi latającej z okresu II wojny światowej, Blohm und Voss BV222 Wiking. Do pisma dołączony będzie gotowy model diecast tej maszyny w skali 1:200.
W 24. odcinku kolekcji "Helikoptery Świata" przedstawiona zostanie amerykańska konstrukcja o nazwie Sikorsky H-19 Chickasaw. Pismo będzie zawierało opis tego śmigłowca, jego wersji amerykańskich i licencyjnych brytyjskich, natomiast dołączony do niego model w skali 1:72 będzie przedstawiał brytyjską wersję licencyjną, służącą pod nazwą Westland Whirlwind, w wersji Mk 10.











poniedziałek, 18 czerwca 2012

Z półki Mormega: Butcher's Nails


Niedawno nabyłem audiobooka z Black Library z nagraniem opowiadania pióra Aarona Dembskiego-Bowdena – Butcher’s Nails - którego akcja rozgrywa się w czasach Herezji Horusa. Mistrz Wojny polecił Angronowi i Lorgarowi zaatakować Imperium, a konkretnie światy Ultima Segmentum. Na jego rozkaz 40 000 Niosących Słowo i 70 000 Pożeraczy Światów wyrusza w tajemnicy, by znienacka zaatakować siły lojalne Imperatorowi. Opowiadanie rozgrywa się pomiędzy Masakrą na Isstvan V, a bitwą o Calth, na którą właśnie zmierza pozostała część Legionu Lorgara. W zamyśle Mistrza Wojny atakowi na Calth ma towarzyszyć równoczesny atak przeprowadzony przez obu Primarchów.

Początkowo wszystko odbywa się zgodnie z oczekiwaniami Horusa. Nie po raz pierwszy jednak różnice w doktrynie wojennej Legionów prowadzą do wzrostu napięcia pomiędzy nimi. Wojownicy Angrona, raz spuszczeni ze smyczy, wbrew rozkazom masakrują populację kilku światów. Skutkiem ich niesubordynacji jest opóźnienie w stosunku do zakładanych parametrów misji i związane z tym rosnące niezadowolenie Lorgara. Wreszcie ten ostatni, doprowadzony do ostateczności, grozi Angronowi otwarciem ognia do jego okrętów jeśli nie przestanie łamać rozkazów Horusa.

Audiobook rozpoczyna się w momencie kiedy okręty flagowe obu Primarchów zbliżają się do siebie, zaś sekundy dzielą obie floty od rozpoczęcia bitwy. W ostatniej chwili, znienacka, pojawią się jednak Eldarzy, którzy atakują "Conquerora" - okręt flagowy Angrona. Jest to już zatem co najmniej drugi raz, kiedy Eldarowie podejmują próbę zabicia Czerwonego Anioła zanim ten stanie się wybranym synem Boga Krwi. Niespodziewane pojawienie się obcych – wspólnego wroga – zapobiega bitwie pomiędzy Astartes, którzy po ich pokonaniu decydują, dla ponownego scementowania obu Legionów, wspólnie ścigać i ukarać Eldarów za ich „żałosną” próbę ataku. Przy okazji walki z obcymi Conqueror używa ciekawej broni – Pazura Niedźwiedzia (Ursus Claw) - ogromnych harpunów, za pomocą których ściąga do siebie kilka pechowych okrętów Eldarów, by następnie dokonać na nie abordażu…

Opowiadanie koncentruje się na Angronie. Lorgar i jego Legion są raczej w tle, ukazani jako przeciwieństwo Pożeraczy Światów i ich Primarchy. Jak każde opowiadanie, które koncentruje się na jednym z oryginalnych Legionów Astartes zawiera mnóstwo szczegółów, które dla zwolenników XII Legionu będą bardzo ciekawe. Przeszłość Angrona jako niewolnika i gladiatora odciska piętno na Legionie, którą ADB umiejętnie wplata w opowiadanie, co jest widoczne choćby w sposobie zwracania się załogi Conquerora do Primarchy. Nawet wspomniane wyżej harpuny wydają się doskonale oddawać ten  przerażający, brutalny styl walki gladiatora. Autor musiał też ewidentnie pozazdrościć Abbnetowi, który w Know no Fear wyjaśnił skąd wziął się zwyczaj malowania na czerwono hełmów sierżantów Ultramarines – obserwując Angrona w walce, całego obryzganego krwią pokonanych wrogów, Lorgar proponuje bowiem by ten przemalował zbroję na kolor krwi.

Skoro mowa o walce to płyta, ponad 73 minuty, jak przystało na opowiadanie o Pożeraczach Światów, jest pełna odgłosów toporów łańcuchowych, których Angron z upodobaniem używa z tak straszliwym dla jego wrogów skutkiem. Czerwony Anioł, pod wpływem tytułowych butcher’s nails (Pazurów Rzeźnika?:) zatraca się całkowicie w walce do tego stopnia, że nie docierają do niego żadne informacje o toczącej się bitwie. Nie jest w stanie dowodzić Legionem. Prawdopodobnie, choć nie jest to wprost powiedziane, po włączeniu się Angrona do walki Kharn dowodzi bitwą. Angron walcząc znajduje się w zupełnie innym świecie.

Wspólna walka z Eldarami jest okazją do odbudowania szacunku pomiędzy Primarchami. Angron ostatecznie zrozumiał, że Lorgar i jego Legion zmienił się. Lorgar zaś zaczyna podejrzewać dokąd doprowadzi Angrona i jego Legion korzystanie z implantów…

Opowiadanie kończy się w momencie, gdy rozpoczyna się atak na Calth. Pozostało nam tylko czekać na dalsze losy obu Primarchów w kolejnym tomie w serii HH zatytułowanym, bodajże, Betrayer.

Jak w każdym dobrym opowiadaniu ze świata wh40k nie mogło zabraknąć również akcentu o VIII Legionie – mostek flagowego okrętu Mrocznych Eldarów, przypominał Lorgarowi okręt tego Legionu:)

Mormeg




wtorek, 12 czerwca 2012

Wojownik Huronów

Kilkanaście dni temu, przy okazji wrzucenia na blog zdjęć figurek Apaczów, wspominałem, że wkrótce pojawią się fotki innych czerwonoskórych. Mormeg namówił mnie na nową grę w skali 28 mm, rozgrywającą się na terytorium Ameryki Północnej w czasach wojen francusko-angielskich i amerykańskiej wojny o niepodległość. Okres ten, a zwłaszcza Indianie z tych czasów, obu nas fascynował od dawna, od dzieciństwa. Niemała w tym zasługa książek o szlachetnych "dzikusach", jakie obaj pochłanialiśmy - takich jak trylogia indiańska o Tecumsehu autorstwa Jana Longina Okonia, czy "Ostatni Mohikanin" Jamesa Coopera. Nie broniłem się więc specjalnie... Bodźcem, jaki pchnął nas do działania (bo namawialiśmy się na ten okres już od kilkunastu miesięcy), było ukazanie się nowej gry "Muskets & Tomahawks", napisanej specjalnie z myślą o odtwarzaniu starć z interesującego nas okresu. Autorem gdy jest ta sama osoba, która napisała grę "Saga" (kolejną na mojej liście do kupienia), zbierającą doskonałe recenzje i mającą coraz liczniejsze grono graczy. Nie wahaliśmy się więc specjalnie i do rąk Mormega gra trafiła jakieś trzy tygodnie temu. Jej obszerniejszą recenzję postaram się zamieścić wkrótce na blogu, dziś jednak czas na pierwszą figurkę pomalowaną specjalnie z myślą o "M&T". Miniaturka widoczna poniżej to jeden ze wzorów braci Perry z linii figurek przedstawiających uczestników amerykańskiej wojny o niepodległość, a konkretnie z zestawu AW31 "Warriors  skirmishing with rifles and muskets". Figurki te kupiliśmy trochę testowo - nie jesteśmy jeszcze do końca zdecydowani na producenta, jakiego miniaturki wykorzystamy. Mormeg skłania się ku Perrym, ja optuję raczej za Conquest Miniatures i Galloping Major. Produkty Perrych są fajne, większość Indian (bo ci na razie nas głównie interesują), przedstawia jednak bardzo generycznych czerwonoskórych, zadaniem malarza jest takie ich pomalowanie, by dało radę rozpoznać w nich przedstawicieli konkretnych szczepów. W przypadku produktów dwóch pozostałych firm produkowane są zestawy Huronów, Mohawków i innych szczepów indiańskich, których wojownicy różnili się fryzurami i detalami strojów. Na razie jednak mamy do malowania po kilka figurek braci z Nottingham...
Po ustaleniu stron konfliktu mój brat będzie zbierał Francuzów i ich pomocników, a więc głównie Huronów, ja natomiast zajmę się Brytyjczykami i sprzymierzonymi z nimi Mohawkami.
Wojownik widoczny na fotce to właśnie Huron, pomalowany zgodnie ze świetnymi poradnikami dotyczącymi barw i detali strojów indiańskich zamieszczonymi na stronie Galloping Major. Na figurce widoczny jest jeden ze wzorów charakterystycznych, hurońskich fryzur. Kolory i detale stroju, zwłaszcza leginów, również pozwalają zidentyfikować widocznego Indianina jako członka irokeskiego plemienia Huronów. O samym malowaniu wiele powiedzieć nie mogę - wykorzystane zostały farby Citadel, skóra to Tallarn Flesh, leginy Enchanted Blue.


poniedziałek, 11 czerwca 2012

Halabardnicy Imperium



Nareszcie! Te figurki od pary tygodni stały u mnie na półce, w częściach, będąc niczym niemy wyrzut sumienia. Przygotowałem je do malowania i nałożyłem pierwszą, podstawową warstwę kolorów razem z pokazywanymi wcześniej włócznikami, po czym zająłem się innymi figurkami. Być może, podświadomie, trochę z obawy przed ich montowaniem. Nie chciałem mieć problemów podczas malowania, dlatego zdecydowałem się nakładać kolory na figurki w częściach - osobno na zmontowane korpusy, głowy i nogi, osobno na ręce i halabardy z dłońmi. Już na etapie przygotowywania figurek wiedziałem, że nie będzie łatwo. Miniaturki są, teoretycznie, tak pomyślane, że większość kończyn powinna pasować do dowolnych korpusów. Rzeczywiście, tak jest w przypadku nóg, jednak ręce nie są już tak dobrze dopasowane. W praktyce pasują, i to niezbyt dobrze, tylko do jednego, określonego korpusu. Najpierw musiałem więc ustalić, które części będą do siebie dopasowane. Potem pilnowałem tylko, by podczas prac nie zamienić ich między sobą. Miałem nadzieję, że po pomalowaniu fragmentów uda mi się w miarę bezboleśnie złożyć je zusammen do kupy...


Sam proces malowania był prosty. Warstwa podkładowa została nałożona aerografem na wszystkie części. Potem położyłem, korzystając z tego samego narzędzia, podstawowy kolor żołty. Pomalowałem nim, nie przejmując się specjalnie starannością, wszystkie te elementy, które w gotowej miniaturce będą miały taki kolor. Następnie nałożyłem kolor czerwony, cielisty i pomalowałem wszystkie drobne elementy - pasy, sprzączki, kokardy, pióra, itd. Nadszedł czas sklejania. I tu poległem. Jakbym nie próbował, zawsze zostawała gdzieś jakaś szpara. A to między ręką i korpusem, a to między dłonią (odlaną razem z halabardą) a ręką... No, po prostu koszmar. Moje starannie pomalowane kolorami podstawowymi miniaturki prezentowały się naprawdę tragicznie. Byłem bliski rzucenia ich w kąt. W końcu jednak doszedłem do wniosku, że bez szpachlowania się, niestety, nie obejdzie. Przykleiłem wszystko tak, by prezentowało się dobrze po szpachlowaniu, po czym spędziłem kilkadziesiąt minut pieczołowicie używając greenstuffu. Modelowałem go od razu na bieżąco, starając się utrzymać kształt odpowiednich części. Niestety, po zakończeniu szpachlowania musiałem popoprawiać liczne elementy - farba została starta albo moimi palcami, albo zeszła pod wpływem szpachlowania. Na szczęście ponowny podkład biały zamaskował zieleń szpachli, a po wyschnięciu ładnie przyjął kolory właściwe. W zasadzie połączenia nie są widoczne, myślę że nie będą się źle zaprezentować.


Potem figurki pomalowałem dipem Army Paintera i odstawiłem na 24 godziny do schnięcia. W tym czasie przygotowałem podstawki. Postanowiłem zrobić je podklejone folią magnetyczną. Podstawki regimentowe będą zrobione albo z metalu, albo wykleję je taką samą folią, co ułatwi poruszanie się jednostek po stole. Podstawki, po podklejeniu przy użyciu cyjanoakrylu, wyszlifowałem i pomalowałem. Już po pomalowaniu okazało się, że miejsce łączenia jest trochę widoczne... W przyszłości będę chyba jeszcze szpachlował połączenie.... Po wyschnięciu dipa ożywiłem nieco przybrudzone kolory figurek, używając lekko jaśniejszego koloru żołtego i czerwonego, poprawiłem skórę i elementy metaliczne i zrobiłem podstawki. Zastanawiałem się, czy dawać halabardnikom tarcze, w końcu jednak przeważyły korzyści w grze. Wykorzystałem tutaj pięć z pomalowanych jakieś 15 lat temu przez mojego znajomego tarcz do regimentu halabardników z 4. edycji Warhammera, traf chciał, że były żółto-czerwone.


Pierwsza piątka gotowa... Niemniej jednak, zanim zrobię resztę oddziału, skończę żołnierzy z włóczniami - robi się ich z mniejszym stresem;)

Na zdjęciu widać też strzelca - to figurka która powędruje do pierwszego oddziału strzelców, zastępując tam jedną z poprzednio pomalowanych figurek, ciut odmienną stylistycznie...


niedziela, 10 czerwca 2012

Wybrane z tygodnia 49

Powoli chyba czuć zbliżające się wakacje, niewiele udało znaleźć mi się ciekawych wpisów na blogach, artykułów i poradników, coś tam jednak jest. Na początek może link do opisu wykonywania tarcz w starym stylu Games Workshop, z okolic 3 edycji Warhammera. Znalazłem ciekawego bloga, poświęconego właśnie tym mocno starym klimatom gry - sami zobaczcie, moim zdaniem warto. A blog nazywa się, dość wymownie, Realm of Chaos. Zdjęcie obok tej notki pochodzi właśnie z tego artykułu. Skoro jesteśmy już w klimacie starego Warhammera, część osób zainteresuje może wygrzebany przeze mnie w czeluściach internetu artykuł o pierwszych próbach wydawania książek przez firmę z Nottingham. W czasach Maga i "Magii i Miecza" większość z tych książek ukazała się po polsku, mam do nich olbrzymi sentyment. Tytuły takie jak trylogia "Konrad", "Drachenfels" czy opowiadania o Gotreku i Felixie oraz wampirzycy Genevieve do dziś pozostają jednymi z moich ulubionych lektur osadzonych w ponurym świecie niebezpiecznych przygód. Ze wspomnianego artykułu można się dowiedzieć, jak bardzo przypadkowe były to teksty i jak trudne jest życie autora do wynajęcia.
Czas na kolejny poradnik - blog Roba Hawkinsa interesuje mnie ze względu na konotacje autora z GW i armię, jaka często na nim gości - Vampire Counts. Rob zamieścił świetny poradnik dotyczący tworzenia sztandarów. Mi się, co prawda, nie przyda, jako że moje umiejętności graficzne i obsługi Photoshopa pozostawiają wiele do życzenia, ale z pewnością znajdzie się ktoś, kto wykorzysta rady autora we właściwy sposób. Kolejnym poradnikiem jest dość prosty tutorial robienia śnieżnych podstawek. Jego autorem jest Rentall, a zamieszczono go na łamach Chest of Colors.
Zbliżamy się do końca, jeszcze tylko dwa linki - pierwszy dla zatwardziałych graczy w "Czterdziestkę" - link do strony, która podchodzi do gry od strony matematyki, prawdopodobieństwa, itp. Jeśli chce się wiedzieć, jaka jest szansa zniszczenia przeciwnika, przy użyciu konkretnej jednostki - warto sprawdzić MathHammer40k.
Ostatni link to ciekawostka z teorii koloru - interaktywna strona pozwalająca sprawdzać pasujące do siebie lepiej lub gorzej kolory. Przeznaczona dla grafików tworzących strony internetowe, myślę że może się także przydać podczas dobierania kolorów na nasze figurki...

środa, 6 czerwca 2012

Nieśmiertelni

Dzisiejsza podstawka figurek przedstawia perskich nieśmiertelnych, oddział elitarnych wojowników, będących gwardią królewską. Tak naprawdę, jak to często bywa w przypadku starożytnych oddziałów i wojowników, niewiele wiadomo pewnego na temat tych żołnierzy. Najwięcej szczegółów przekazał na ich temat bodajże Herodot, ale jeśli mnie pamięć nie myli, naukowcy obecnie kwestionują sporą część jego zapisków na ten temat, łącznie nawet z nazwą. Część historyków starożytności uważa, że Grek błędnie zapisał właściwą nazwę tych żołnierzy, którą można przetłumaczyć na "towarzyszy", robiąc z nich zbliżonych w zapisie "nieśmiertelnych" i dorabiając do tego legendę o utrzymywaniu stałej liczby 10 000 żołnierzy. Jak to było, pewnie się nie dowiemy. W każdym razie malując tę podstawkę początkowo zamierzałem zrobić z nich takabara - żołnierzy pośledniejszego rodzaju, najprawdopodobniej członków miejscowych garnizonów, nie mogących stawić czoła Grekom ani Macedończykom w bezpośrednim starciu. Ponieważ jednak początkowo oddział ten miał być zgłoszony do konkursu malarskiego, zdecydowałem się na ciut bardziej efektowne malowanie. I tak padło na nieśmiertelnych. Malowanie wzorowane jest na planszach z zeszytu Elite wydawnictwa Osprey poświęconego armii perskiej, nie jest jednak wiernym odtworzeniem któregokolwiek z tam pokazanych oddziałów nieśmiertelnych. To raczej wariacja na temat, pokazująca bogactwo szat i jaskrawość kolorów tych oddziałów,  odzianych w ubrania farbowane dwoma najbardziej kosztownymi barwnikami starożytności - morską purpurą i szafranem. Wzory na tarczach to kalkomanie Little Big Men Studios - nieocenione, jeśli chodzi o odwzorowanie skomplikowanych wzorów. Ogólnie muszę nieskromnie powiedzieć, że jestem zadowolony z finalnego wyglądu tych trzech wojowników. Świetnie prezentują się obok pozostałych, gotowych podstawek tej kolorowej armii.


wtorek, 5 czerwca 2012

Nowości z Amercomu 21

61. zeszyt "Kolekcji wozów bojowych" poświęcony będzie włoskiemu, kołowemu niszczycielowi czołgów B1 Centauro. Do pisma dołączony zostanie gotowy, metalowy model w skali 1:72 die-cast tego pojazdu w malowaniu włoskim, użytym podczas międzynarodowych manewrów w Egipcie w roku 2002.







Tematem dwudziestego pierwszego odcinka kolekcji "Latających Fortec" będzie amerykański samolot wielozadaniowy Grumman A-6 Intruder i jego wersja przeznaczona do walki radioelektronicznej Northrop Grumman EA-6B Prowler. Do pisma dołączony zostanie gotowy model die-cast tego samolotu w skali 1:144, przedstawiający maszynę w wersji A-6E Intruder.







W 23. zeszycie "Helikopterów świata" omówiony zostanie radziecki śmigłowiec morski Kamow Ka-27 i jego wersje rozwojowe. Dodatkiem do pisma będzie gotowy model die-cast w skali 1:72 przedstawiający helikopter Kamow Ka-29 w malowaniu rosyjskiego lotnictwa morskiego.














poniedziałek, 4 czerwca 2012

Z półki Mormega: Void Stalker



Dawno, dawno temu upłynął termin zamieszczenia na blogu kolejnej recenzji jakiegoś produktu Black Library, ale - niestety - po premierze Diablo III w kąt poszły nie tylko wszelkie plany malowania figurek, stąd również owo moje „małe”, dwutygodniowe opóźnienie. Cóż, czekając ponad 10 lat na grę mam chyba prawo nieco się w niej zatracić, prawda? Przez ostatnie dwa tygodnie codziennie obiecywałem sobie, że dziś już na pewno napiszę recenzję, ale jakoś tak zawsze wychodziło, że w wolnym czasie w końcu i tak zawsze rozbijałem czaszki i wypruwałem flaki czym tam akurat miałem w rękach mojego nieustraszonego barbarzyńcy. Dość jednak tego. Obudziłem się dziś z silnym postanowieniem ułożenia jakoś swojego życia w ten sposób aby i wilk był syty i owca cała – tzn. żeby Inkub dał mi spokój i nie marudził ciągle o recenzji:). Muszę też ograniczyć czas spędzony przy Diablo III i wrócić do malowania Władców Nocy.


Skoro mowa o Władcach Nocy, pora napisać kilka słów o trzecim tomie trylogii Aarona Dembskiego-Bowdena pod tytułem Void Stalker, zamykającym losy Talosa i jego braci z First Claw (Pierwszego Pazura) Dziesiątej Kompanii. Książkę otwiera prolog (co raczej nie jest dziwne:)) – jedna z wizji bohatera. Opiszę tę część powieści nieco dokładniej, gdyż wyciekła ona do sieci (jeszcze przed wydaniem książki) i chętni mogą ją tam z łatwością odnaleźć, nie zdradzę więc żadnej tajemnicy. Dość jednak powiedzieć, że Talos jest umierający. Jego miecz złamany. Pusta dłoń nie zaciska się na rękojeści boltera. W strugach deszczu, na kolanach czeka na cios, który zakończy jego życie, cios zadany przez stojącego przed nim tajemniczego eldara (właściwie chyba powinienem napisać eldarkę, ale jakoś tak mi ten termin nie pasuje. Angielski jest pod tym względem znacznie prostszy - she-eldar i wszystko wiadomo). W ostatniej chwili eldar zostaje jednak zmuszony do ucieczki przez Septimusa, który wraz z Octavią nadlatują Thunderhawkiem. Proponują Talosowi, by wraz z nimi ratował się, ten jednak odmawia. Musi bowiem dopaść tego eldara, który zabił jego braci z Pazura. Scena kończy się, gdy Talos odprawia niewolników, zwalniając ich z dalszej służby i z trudem podnosi się by odnaleźć eldara...

Niepokojące wizje eldarów nękały Talosa już od dłuższego czasu. To właśnie próba zapobieżenia spotkania z eldarami jest powodem obrania kursu na Tsagualsę – przybrany świat Władców Nocy po zniszczeniu Nostromo. W trzecim tomie dochodzi do starcia resztek 10. Kompanii z Czarnymi Eldarami z Craftworldu Ulthwé. Zanim jednak będziemy świadkami ostatniej walki 10. Kompanii, dane jest nam obserwować zdarzenia, które - być może - kiedyś znajdą swoje rozwinięcie. Nie wyprzedzając jednak wydarzeń, już z początkowych kart wyłania się obraz nieco zmienionego Talosa. Wygląda na to, że pogodził się z mroczną naturą Legionu. Już z nią nie walczy, wręcz przeciwnie. Ponoć sam wyrusza na łowy na najniższe pokłady okrętu, by zabijać członków załogi. Jego schorzenie zdaje się coraz bardziej nasilać, Talos traci przytomność na wiele dni, przy czym traci także zdolność zapamiętywania proroczych wizji. Variel podejrzewa, że świadczy to o tym że organizm Talosa odrzuca implanty. Sądzi, że dni Talosa są policzone, co może nie do końca okazuje się prawdą, ale dar lub schorzenie Talosa (w zależności od tego kto o tym mówi) pogarsza jego kondycję. Aptekarz uważa również, że implanty Talosa, w innym organiźmie, gdyby się przyjęły, doprowadziłyby do powstania Astartes dysponującego tym samym darem co Talos, tyle tylko, że dar byłby stabilny - bez efektów ubocznych tak ciężko doświadczających Talosa. Dodajmy do tego równania jeszcze jedną daną - Octavia jest w ciąży z chłopcem. To chyba mała furteczka pozostawiona przez ADB, która może kiedyś doczeka się jakieś formy rozwinięcia.
Akcja książki rozpoczyna się, gdy Talos budzi się po jednym z ataków swojego schorzenia. Gdy wchodzi na mostek, okazuje się okręt znajduje się na orbicie Tsagualsy. Planeta jest jednak, ku zaskoczeniu Władców, zamieszkana. Okazuje się, wiele lat temu na planecie rozbiły się statki kolonizacyjne. Obecnie ludzkość walczy z trudem o przeżycie na tej niegościnnej planecie. Dla Władców jest to jednak afront. ICH świat jest zamieszkany przez ludzi! Talos spuszcza Władców ze smyczy. Lądują na bezbronnej planecie i oddają się orgi zabijania, okaleczania i torturowania. Co prawda przerwanej nieoczekiwanym atakiem Marines z Zakonu Genesis. Taki obrót sprawy jest pewnym zaskoczeniem dla Talosa et consortes, nie spodziewali się bowiem obecności sił Imperium w tak odległym zakątku galaktyki, nad przeklętą (dla Imperium) planetą. Walka z Marines jest długa, krwawa i wyniszczająca. W pierwszym tomie na Braterstwo Krwi (Covenant of Blood) abordaż przeprowadziły Krwawe Anioły, teraz jest gorzej, znacznie gorzej...

Ostatecznie jednak obecność bezbronnych wobec Władców ludzi na Tsagualsie daje Talosowi szansę na zadanie ciosu Imperium. Obiecuje, że Imperium usłyszy o planecie i słowa dotrzymuje. Malcharion twierdzi, że po przeprowadzeniu planu Talos zadał Imperium większy cios niż Vandred – poprzedni dowódca 10. Kompanii - w ciągu całego swojego życia. W jaki jednak sposób to osiągnął nie będę jednak opisywał. Po przeprowadzeniu planu Echo Potępienia (Echo of Damnation) jest ścigane przez... Eldarów. Talosa dopadło więc przeznaczenie. Jego wizje starcia z Eldarami stają się nagle bardzo bliskie ziszczenia. Rozpoczyna się kilkutygodniowy pościg. Ostatecznie, świadomi nieuchronności losu wracają nad Tsagualsę, gdzie już raz ich Legion doświadczył klęski. Mądrzy ludzie mawiają, że historia lubi się powtarzać. Tak ma być i tym razem. Udaje im się wylądować na planecie i w ruinach fortecy Konrada Curze stanąć do ostatniej walki. Pierwszy Pazur ma jeszcze czas na użycie zabawek – zbroi terminatorów, które zdobyli na Salamandrach, przybycie jednak tytułowego Void Stalkera oznajmia początek końca...
Książka rzuca również nieco światła na przeszłość 10. Kompanii, jesteśmy, między innymi, świadkami dołączenia do Pierwszego Pazura Uzasa, którego losy są, jak się okazuje, bardzo dramatyczne. Zdecydowanie też, o dziwo, z biegiem czasu budził coraz większą moją sympatię (Jeżeli można tak powiedzieć o szalonym rzeźniku). ADB już w drugim tomie nieco stonował i zmienił rolę Uzasa, który w pierwszym tomie właściwie ograniczał się jedynie do wykrzykiwania „Blood for the Blood God”, co było nawet zabawne, w trzecim tomie jednak spojrzałem na tego przystojniaka w nowym świetle. ADB opisuje również ucieczkę Pierwszego Pazura z Tsagualsy w czasie ataku XIII Legionu. Działo się, oj działo...

Z całej książki niewątpliwie największe wrażenie wywarł na mnie epilog, a właściwe Epilogue Tertius (książka ma bowiem trzy epilogi) zatytułowany wymownie Prorok Ósmego Legionu. Te kilka kart znajdujących się na samym końcu książki (to też nie jest dziwne, epilogi raczej są na końcu, prawda?:)) powala na kolana, to prawdziwy dynamit. Trzeciego tomu nie czytało mi się tak szybko, łatwo i przyjemnie jak dwóch pierwszych, jest chyba najsłabszy z całej trylogii, ale wierzcie mi te ostatnie strony dosłownie wgniotły mnie w fotel. Centralną postacią epilogu, którego akcja rozgrywa się kilkadziesiąt lat po wydarzeniach opisanych w trzecim tomie - jest Astartes, w zbroi skądś nam znanej, z rytualnie zniszczonym Imperialnym orłem na napierśniku, z przekutym, zdobycznym na Krwawych Aniołach mieczem którego opis też jest znajomy, z bolterem z wygrawerowaną nazwą Malcharion, w hełmie z pojedyńczą runą na czole. Jego imię to Decimus.

Tylko kim, do cholery, był Novimus?

Na zakończenie malutki bonusik dla zainteresowanych – link do bloga ADB, gdzie znajduje się trochę informacji o Void Stalkerze i rysunki głównych bohaterów.

piątek, 1 czerwca 2012

Perska piechota - kardaka

Drugi z elementów armii Późnych Achemenidów, jaki maluję na konkurs forum Strategie. W zasadzie nie starczyło mi czasu na pomalowanie trzech wymaganych oddziałów, sądziłem więc, że z udziału w konkursie nic nie wyjdzie, okazało się jednak, że prace można oddawać do końca tygodnia. Może więc zdążę pomalować jeszcze jedną podstawkę Persów.
Widoczni poniżej żołnierze to dość tajemniczy kardaka. Do dziś nie jest pewne, jakiego rodzaju wojsk dotyczyło to określenie, użyte kilkanaście razy przez różnych starożytnych autorów. Najbardziej popularna hipoteza mówi, że była to piechota złożona z osadników lub najemników, wyposażona i walcząca na wzór greckich hoplitów - być może podzielona na odpowiedników hoplitów i peltastów. Minione tysiąclecia sprawiły, że jest to kolejna z tajemnic starożytności, na której wyjaśnienie trudno liczyć. Xyston w swoim pudełku Persów zamieścił figurki żołnierzy tej formacji dwóch rodzajów. Pierwszy, to ci widoczni obok. Wyposażenie to włócznie używane przez Persów, z żelaznym grotem i żelazną kulą dla przeciwwagi, oraz brązowe tarcze, praktycznie identyczne z greckimi. Drugi rodzaj figurek piechoty kardaka, które będę malował za czas jakiś, uzbrojona jest identycznie, jednak żołnierze ci noszą pancerze zbliżone wyglądem do greckich. W mojej "interpretacji" malarskiej będą oni przedstawiać oddział gwardzistów, wyróżniony dodatkowo złotą przeciwwagą włóczni.
Wzory na tarczach to kalkomanie firmy Little Big Men Studios... Jak widać, zapomniałem pomalować jedną z tarcz na biało w miejscu, gdzie przyklejałem rysunek na tarczy - stąd koncentryczne kręgi na tle czystego metalu...


czwartek, 31 maja 2012

Elitarna kawaleria karolińska - Scarae

Drugi z oddziałów karolińskich, jakie pomalowałem w ostatnich dniach. Tym razem konni i to z wyższej półki - elitarna, ciężka kawaleria, nazywana - prawdopodobnie - Scarae. Tak naprawdę historycy nie są wcale pewni, czy nazwa ta, dość często pojawiająca się w źródłach, odnosi się do kawalerii, a tym bardziej elitarnej, ciężkiej kawalerii, zbrojnych żyjących wyłącznie z walki, gotowych do boju przez cały rok. W źródłach pisanych mianem scarae określane są oddziały, jak to wynika z kontekstu, wysoce mobilne i zdolne do wykonywania trudnych, ciężkich zadań. Z pewnością pasuje to do wojska opisanego powyżej.
Malowanie było dość trudne, ze względu na rzeźbę figurek. O ile sami jeźdźcy są w miarę ok, choć jak zwykle w przypadku Bauedy dłonie są raczej mocno umowne, o tyle konie są, co tu dużo mówić, po prostu nienajlepsze. Irytuje mnie to, że część końskich nóg zgina się w niemożliwy sposób, rzeźba wygląda na niedokończoną, pozostawione są bruzdy między częściami figurek końskich, rzędy są zaznaczone tylko z przodu konia. Tylko jedna figurka wierzchowca miała pasy skórzane, mocujące siodło, zaznaczone na zadzie. Aha, wierzchowce są generyczne. Baueda produkuje liczne wzory koni i dodaje do figurek jeźdźców losowo dobrane, z grubsza pasujące. Nie ma się więc co dziwić, że część Normanów, pokazywanych wcześniej, jeździ na dokładnie takich samych koniach. Dobre jest to, że przy okazji wprowadzenia do sprzedaży każdej nowej linii, do produkcji trafia kilka nowych wzorów końskich.
I jeszcze jedna sprawa. Dziś w moje ręce trafił nowy aparat, znacznie, znacznie lepszy od mojego - niestety, tylko pożyczony. Ale już teraz mogę powiedzieć, że po bardzo wstępnym ustawieniu kamerki zdjęcia są o wiele lepsze od poprzednich. Kolory są znacznie bliższe oryginalnym, ostrość jest łatwiejsza do ustawienia... Cóż, trzeba zbierać chyba na nową zabawkę...


wtorek, 29 maja 2012

W oczekiwaniu na 6. edycję...

Czekając na 6. edycję Mormeg dalej maluje swoich Władców Nocy. Tak naprawdę, do wystawienia armii liczącej ok. 1500 punktów brakuje mu tylko ze dwóch bohaterów i pojazdów, w rodzaju transportera piechoty czy czołgu. Sądzę, że niedługo się nimi zajmie, zwłaszcza że nowe wydanie WH40K ma się prawdopodobnie pojawić już w czerwcu. W pudełku będą, znowu prawdopodobnie, figurki Chaos Space Marines, będzie więc okazja powiększyć zapasy niepomalowanego plastiku;). Na razie jednak Władcy Nocy powoli lecz nieustannie powiększają swoje szeregi, korzystając z dotychczas wydanych figurek.




poniedziałek, 28 maja 2012

Wybrane z tygodnia 48

Minione dwa tygodnie spędziłem w niewielkiej tylko części zajmując się hobby, zauważyłem jednak kilka wpisów na blogach, poradników i podobnych ciekawostek, na które warto zwrócić uwagę. Na początek blog Roba Hawkinsa i jego wpis, w którym pokazuje kulisy budowy jednej z dużych makiet GW, a mianowicie mostu w Middenheim. Warto zajrzeć, można zobaczyć sporo zdjęć wykonanych podczas pracy i widoki skończonej makiety. Drugi link to nadal blog Roba, bardzo ciekawy wpis autora dotyczący modelowania i konwertowania szkieletów.
Z fantastycznego Starego Świata przenieśmy się na inny blog i w zupełnie inne miejsce - Stalingrad i ruiny dużych budynków. We wpisie pokazany jest sposób systematycznej budowy dużych, zrujnowanych bloków.
Na łamach "From the Warp" ukazał się poradnik dotyczący samodzielnego tworzenia kalkomanii - krok po kroku, łatwo i przystępnie, ze wskazanymi rzeczami na które trzeba zwrócić uwagę. Bardzo przydatny tutorial.
Innego rodzaju poradnik można znaleźć tutaj - na blogu misterjustin.com autor zamieścił film, pokazujący sposób wykonywania realistycznie wyglądających płyt pancerza. Dotyczy on raczej dużych modeli historycznych, jednak nic nie stoi na przeszkodzie, by nie wykorzystać go podczas prac nad jakimś Land Raiderem czy podobnym sprzętem.
A skoro już jesteśmy przy dużych modelach historycznych, zajrzyjcie do tego wątku na forum modelwork.pl. Autor pokazuje w nim budowę modelu CAŁEGO pociągu pancernego "Śmiały" w skali 1:35. Zdjęcie obok tej notki pochodzi właśnie z relacji z budowy tego pojazdu.
Kolejny poradnik zamieszczono na blogu Master of the Forge - tym razem Simon, autor bloga, pokazuje jak robić odlewy (a właściwie odciski) z green stuffu korzystając z silikonowych form.
Jest też wiadomość mało radosna - GW zamknęło definitywnie swój oddział odpowiadający za publikację gier historycznych Warhammer Historical. W minionym tygodniu na stronie ukazała się odpowiednia informacja, wiadomo już też, że GW nie zamierza sprzedawać praw do żadnych opublikowanych gier. Tak kończy się historia Warhammer Ancient Battles i kilku innych niezłych gier. Szkoda.
Na pocieszenie dość długi film promujący grę Ghost Recon Alpha. 25 minut solidnego kina wojennego w nieodległej przyszłości. Bardzo, bardzo dobra robota...

Drugi dzień Grenadiera 2012


Grenadier 2012 przeszedł do historii. Wczorajszy dzień spędziłem w całości uczestnicząc w turnieju DBA, nie oglądałem więc ani żadnych rekonstrukcji, ani żadnych innych gier. Przeszedłem się tylko po terenie festynu, oglądając toczące się rozmaite rozgrywki. Jak zwykle świetnie prezentował się stół, na którym rozgrywano Force on Force. Doskonałe modele i świetne makiety tworzyły bardzo fajny klimat. Z ciekawszych rzeczy widziałem jeszcze rozgrywkę Operation Squad - 28 mm skirmish osadzony chyba gdzieś w Normandii. Ładnie wyglądał stół wykonany z odpowiednio pomalowanego sztucznego futra, efekt psuły jednak - moim zdaniem - położone na niego inne elementy makiety - drogi, bunkry, leje. Jakoś słabo komponowały się z całością. Obok miejsca, gdzie toczyły się rozgrywki DBA, rozgrywano dużą bitwę w "Ogniem i Mieczem". Niezły stół z wielką ilością figurek i rozmaitych budynków produkcji Wargamera cieszył oczy. Oczywiście, prezentowanych gier było znacznie więcej, ja jednak, jak wspomniałem, zajmowałem się DBA. Cóż. Nie będę opisywał szczegółowo wszystkich czterech rozgrywek, wspomnę tylko, że turniej po raz kolejny miał formułę historyczną. Sprawdza się ona chyba, mimo wszystko, lepiej niż dowolny dobór armii. Z drugiej strony, gdy w jednej z bitew trafiłem na Maraton i Persów, z dominującą liczbą wielkich jednostek 8Bw, naprawdę niewiele mogłem zrobić przeciwnikowi, dysponującemu niemal wyłącznie włóczniami... No cóż, raz na wozie, raz pod wozem. Wynik turnieju - jedno z ostatnich miejsc, 3 porażki, jedna wygrana. Najważniejsze, że w turnieju uczestniczyło kilku nowych graczy, i to graczy bardzo młodych. A zabawa była naprawdę przednia.

Wspomnę jeszcze tylko, że komentator był chyba ten sam co rok temu - równie beznadziejny, równie nie mający specjalnego pojęcia o czym mówi, i z równie denerwującą manierą przeciągania wyrazów i zdań.


sobota, 26 maja 2012

Pierwszy dzień Grenadiera 2012

Pierwszy dzień Grenadiera 2012 już za nami. Potraktowałem go czysto rozrywkowo, wybrałem się z synem, spotkałem ze znajomymi, pogadaliśmy, popatrzyliśmy, było miło. Ogólnie mam wrażenie, że impreza jest nieco bardziej udana niż w minionym roku. Rekonstruktorów nadal mnóstwo, nadal połowa z nich poprzebierana za Niemców, jednak znacznie, znacznie lepiej było pod względem gier, chyba głównie dzięki staraniom Wargamera, wyjątkowo aktywnie promującego "Ogniem i Mieczem" i "Flames of War". Turnieje, rozgrywki pokazowe, spory sklepik na miejscu, wydaje mi się że było to i ciekawsze wizualnie, i lepiej zorganizowane niż bywało to wcześniej. Mocno swoją obecność zaznaczyła także Pracownia Mikromodelarstwa i Gier Strategicznych "Grot". Wszystkie rozgrywki wyglądały naprawdę atrakcyjnie. Jutro turniej DBA w którym biorę udział, mam nadzieję, że znajdę też czas żeby poprzyglądać się i porobić zdjęcia paru rozgrywkom.
Dziś - z racji towarzystwa - skupiałem się bardziej na widowiskach rekonstruktorskich. I tutaj, o ile scenka z obrony Warszawy w939 r. robiła wrażenie, głównie dzięki mobilnemu samochodowi pancernemu wz. 34 i tankietce, to już oczekiwanie ponad półtorej godziny na zebranie się rekonstruktorów na scenkę z Powstania Warszawskiego przekroczyło granice mojej cierpliwości. Rozumiem, że było wielu "aktorów", rozumiem, że część z nich nie mówiła po polsku, ale chyba ustalenie tego, kto kieruje którą grupą, gdzie kto ma stać i co robić można zrobić przed rozpoczęciem zwoływania ludzi na pokaz...

piątek, 25 maja 2012

Synowie Karola Młota

Kilka dni temu dostałem przesyłkę z Włoch, z firmy Baueda. Jej właściciel, Claudio, poprosił mnie o pomalowanie najnowszych produktów, serii figurek Karolingów w skali 15 mm. Na pierwszy ogień poszła jedna z czterech podstawek przedstawiających włóczników karolińskich. Zgodnie z opisem Claudia, są to ciężko opancerzeni, zawodowi żołnierze piesi, podstawa takowych oddziałów armii potomków Karola Młota. Szczerze mówiąc, zanim zacząłem malowanie, musiałem znaleźć jakieś źródła na ich temat. Moja wiedza o Karolingach była, delikatnie mówiąc, mało szczegółowa. Udało mi się wygrzebać kilka książek i stron poświęconych kulturze karolińskiej, z nich zaczerpnąłem, przykładowo, dobór kolorów na tuniki i spodnie. Co interesujące, przy okazji poszukiwań dotarłem do strony omawiającej ubrania z okresu Wieków Ciemnych, materiały, barwniki. Jak się okazuje, stosowane środki pozwalały uzyskać całkiem szeroką gamę żywych, jasnych kolorów. Oczywiście, te najbardziej jaskrawe były najdroższe, mogli sobie pozwolić na nie tylko najbogatsi. Jednak wbrew powszechnemu mniemaniu uzyskanie delikatnych zieleni, czerwieni, błękitów, i podobnych, jasnych barw, nie było wcale trudne i ponoć występowały one powszechnie.
O samej piechocie karolińskiej mam, niestety, mało materiałów, musiałem więc posiłkować się trochę książką o kawalerii karolińskiej. Najwięcej problemów sprawiło dotarcie do przedstawień tarcz. W końcu tutaj także musiałem trochę podeprzeć się wzorcami kawaleryjskimi, a częściowo skorzystać z domniemań. Niemniej jednak, moim zdaniem, przedstawione wzory dadzą się obronić historycznie.
Figurki Bauedy są dokładnie tej samej jakości, co wcześniej malowani przeze mnie Normanie, Wikingowie. Jednolite wzory, z odlanymi tarczami i bronią, nieco krępe i przysadziste. Nie są może tak delikatne to figurki jak produkty Xystona, niemniej jednak mają olbrzymią zaletę - w czasie gry nic od nich nie odpada.
A na stole kończy się pierwsza podstawka karolińskiej kawalerii...


środa, 23 maja 2012

Pierwsi włócznicy Imperium





Widoczna obok piątka imperialnych włóczników powstała nieco przez przypadek. Przeglądając wielkie pudło z częściami plastikowych figurek imperialnych w poszukiwaniu bitsów do złożenia halabardników, zauważyłem że mam ok. 20 plastikowych klonów włóczników z boxa głównego którejś z wcześniejszych edycji WFB. Byli już zmontowani - jeśli zmontowaniem można nazwać przyklejenie włóczni do reszty ciała - co utrudnia malowanie. W sumie jednak stwierdziłem, że skoro i tak armia imperialna ma być malowana na szybko i niejako przy okazji innych prac, nic nie stoi na przeszkodzie zrobieniu pierwszej piątki i tak planowanego oddziału uzbrojonego we włócznie. Czas pokazał, że halabardnicy są jeszcze w powijakach, a ci tutaj, dodatek do nich, wędrują na półkę z gotowymi modelami.

Jak wspomniałem, modele to praktycznie klony - tylko dwa różne wzory. Muszę jednak powiedzieć, że dość mi się podobają, chyba ze względu na pozę w jakiej trzymają swój oręż - aż się proszą o wstawienie w pierwszy szereg oddziału. I tam zapewne właśnie trafią. Docelowo zamierzam pomalować 22 takich klonów i trzech dodatkowych żołnierzy - muzyka, chorążego i czempiona. Dzięki temu będę ich mógł wystawić albo jako jeden oddział, albo jako dwa oddziały wydzielone liczące po 10 żołnierzy. Więcej figurek uzbrojonych we włócznie na razie nie planuję. Zastanawiałem się, czy dodawać tarcze do figurek, które bez nich wyglądają chyba ciut lepiej, w końcu jednak, po przymiarkach na sucho, zdecydowałem się je przykleić. W grze kosztują dodatkowy punkt, zawsze jednak jest to jakaś dodatkowa ochrona...
Ze względu na "znaczne podobieństwo" tych miniaturek, zróżnicowałem je trochę w malowaniu. Oczywiście, wszyscy są w barwach Talabeclandu, wybranej przeze mnie prowincji Imperium, niemniej jednak każda z figurek pomalowana jest inaczej. Przy malowaniu starałem się wypracować technikę jak najszybszej produkcji tych figurek. Całość psiknąłem aerografem na biało. Potem przy użyciu tego samego narzędzia, już w bardziej precyzyjny sposób, nałożyłem kolor żółty na miejsca, gdzie chciałem mieć ten kolor. Potem już pędzlem dodałem czerwone elementy, naniosłem kolor na ciało, pomalowałem szczegóły i elementy "metalowe". Całość pokryłem dipem Army Paintera i - po dokładnym wyschnięciu - rozjaśniłem część szczegółów, zwłaszcza elementy czerwone i żółte. Jak na zastosowane środki i metody, jestem zadowolony z osiągniętych wyników. Do matowienia użyłem matowego lakieru Vallejo, natryskiwanego aerografem. Dzięki temu nie grozi mi, chyba, efekt zmrożenia lakieru, jaki zaobserwowałem przy kilku malowanych kilka miesięcy temu zombich, a osiągnięty mat, mimo że nie tak głęboki jak w przypadku aerozolu Army Paintera, jest całkiem satysfakcjonujący. Jedyną zaobserwowaną wadą jest lekka zmiana koloru jasnoczerwonego - lakier zmienia nieco jego barwę, przesuwając go w stronę koloru malinowego.