Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Black Library. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Black Library. Pokaż wszystkie posty

sobota, 13 sierpnia 2016

Z półki Mormega: Titanicus

Uważni czytelnicy recenzji książek Black Library, jakie pojawiają się na Miniwojnie, orientują się zapewne, że lubię książki Dana Abnetta. Lubię jego styl pisania i przemawia do mnie jego wizja światów Imperium, cokolwiek różniąca się w szczegółach od rockretowego kanonu. Podobają mi się również motywacje rządzącego jego bohaterami, zwłaszcza drugoplanowymi - tak było w Ravenorze, tak było również w Eisenhornie, dwóch moich ulubionych cyklach tego pisarza.

Recenzowana powieść nie jest, oczywiście, żadną nowością, jej pierwsze wydanie ukazało się na rynku w 2008 r. jakoś jednak nie miałem do tej okazji jej poznać. Zabrałem ją ze sobą na urlop, skuszony trochę wizją nadchodzącej, nowej wersji epica.

Fabuła opowiada o świecie-kuźni Orestes, na który niespodziewanie spada atak wyznawców Chaosu, będący częścią walk określanych jako krucjata Sabbat. Atak jest niezwykle silny, bierze w nim udział bardzo duża grupa tytanów chaosu. Przeciwko nim Orestes może wystawić jedynie szczątkowe siły własnego Legio Titanicus, Legio Tempestus, gdyż zdecydowana większość maszyn legionu bierze udział w krucjacie.

W rezultacie napaści tytanów Chaosu rozbite, a właściwie rozgromione zostają stacjonujące na Orestes planetarne siły obronne pierwszego i drugiego rzutu, do walki rzucane są jednostki trzeciorzutowe, tyłowe.

Na szczęście dla obrońców, gubernatorowi Orestes udaje się uzyskać pomoc od Legio Invicta, legionu tytanów spieszącego na główny front krucjaty, którego flota przelatuje akurat w relatywnej bliskości planety. Walka staje się bardziej wyrównana, pojawia się nawet nadzieja na zwycięstwo.

Niemniej jednak walki tytanów, opisywane zresztą z typową dla autora swobodą, są tylko częścią akcji. Okazuje się bowiem, że najazd sił Chaosu staje się okazją do przejęcia władzy w kuźni. Przejęcia, dodam, mogącego potencjalnie zagrozić sojuszowi Marsa i Terry, gdyż środkiem do zamachu stanu jest ujawnienie zapomnianej wiedzy o Imperatorze i Omnissiahu. Jak widać, gra idzie o naprawdę dużą stawkę.

Trudno jest wskazać jednoznacznie bohatera powieści - akcja toczy się bowiem wokół działań kilku praktycznie równorzędnych postaci. To, między innymi, jeden z dowódców tytana Legio Invicta, kobieta-żołnierz planetarnych sił obronnych, dowódca oddziału pancernego gwardii imperialnej, łączniczka między siłami Imperium i Mechanicum. Opis ich działań nie łączy się ze sobą, pozornie nie są one nawet niczym ze sobą związane, by dopiero pod koniec książki połączyć się w jedno zakończenie, w jeden splot wielu wątków.

Wspomniałem o opisach walk tytanów - są napisane barwnym, fajnym językiem, wydarzenia stają przed oczami wyobraźni, pojawia się kilka interesujących sytuacji, jak polowanie na obcą maszynę przy użyciu sensorów audio, czy atak hord skitarii Mrocznego Mechanicum na jedną z boskich maszyn. Niemniej jednak przypuszczam, że kilkaset stron takiej akcji szybko znudziłoby czytelnika. Wspomniałem już jednak, że lubię bohaterów Abnetta - także i tutaj autor mnie nie zawiódł. Opis stosunków panujących w załogach tytanów, perypetie męża członkini planetarnych sił obronnych, pozostałego do obsługi portu kosmicznego, wydarzenia w mieście-kuźni i stojący za nimi członkowie Mechanicum w barwny sposób dopełniają obrazu walczącego świata, pozwalając nieco odpocząć od huku gigantycznych dział i wyjących tryumfalnie klaksonów zwycięskich tytanów.

Sposób pisania Abnetta, uwaga, jaką przykłada do swoich postaci, jest czymś odświeżającym w powieściach BL. Zazwyczaj bohaterowie tego rodzaju, postaci drugiego planu, są zaledwie kartonowym tłem dla herosów opisywanych przez innych autorów - tu jest nieco inaczej. Postaci nabierają głębi i tracą dwuwymiarowość - świetnym przykładem jest powoli staczający się w mrok zapomnienia, łączący się w jedno ze swoim tytanem jeden z pricepsów Legio Invicta. Trudno jednak powiedzieć, by bohaterowie Titanicus byli równie pełni życia jak bohaterowie większych cyklów tego samego autora - o co raczej zresztą byłoby trudno, biorąc pod uwagę objętość książki i cyklu, choćby, Eisenhorn.

Z pewnością Titanicus nie jest dziełem wybitnym, nie jest też najlepszą pozycją w dorobku Abnetta. Nie przeszkadza mi to jednak w uznaniu, że te kilka godzin, jakie poświęciłem na lekturę tej książki, nie zostały zmarnowane. Titanicus to solidna porcja lektury ze świata Wh40K, na dodatek książka poruszaja stosunkowo rzadko pojawiający się aspekt tego uniwersum. Warto przeczytać. 

niedziela, 26 lipca 2015

Z półki Mormega: The Gates of Azyr

Do opisania wciąż pozostaje ostatnia część cyklu "The End Times" i oparta na niej powieść o Archaonie, pozwolę sobie jednak na zanotowanie moich wrażeń po przeczytaniu nowelki "The Gates of Azyr" autorstwa Chrisa Wrighta, pierwszej dłuższej próbki literatury ze stajni Black Library, czyli Games Workshop, traktującej o "świecie-po-świecie", opisującej wydarzenia rozgrywające się po zniszczeniu świata Warhammera, a mające miejsce w Ośmiu Sferach, bo tak zamierzam tłumaczyć termin Eight Realms, nazwę uniwersum gry "Age of Sigmar".

Jestem świeżo po lekturze tej nowelki, stąd też recenzja "poza kolejnością" - nie chcę bowiem zatracić impresji, jaką na mnie wywarła. A głównym moim wrażeniem była wtórność. Wtórność, wtórność i raz jeszcze wtórność. Zacznijmy jednak, jak to mawiali Rzymianie, ab ovo...

Tematem przewodnim "The Gates of Azyr" jest początek nowej ery konfliktu w Ośmiu Sferach. W skrócie, świat powstały po zniszczeniu świata Warhammera ma już pewnie dziesiątki tysięcy lat. W tym czasie działo się wiele, najbardziej istotne jest jednak to, że obecnie praktycznie wszystkie sfery, poza sferą Niebios, w której panuje Sigmar, są praktycznie całkowicie przejęte przez Chaos. Nieliczne niedobitki (ludzi, bo generalnie książeczka jest o nich, choć w sferach jest też cała menażeria znana z WFB) kryją się w ostatnich zakamarkach Śmiertelnych Sfer, a Chaos doszedł do etapu, w którym Khorne chce być na stałe i niezmiennie najmocniejszym z bogów Chaosu. Sigmar setki lat wcześniej wycofał się do swojej sfery, blokując wszelkie przejścia do pozostałych. Szykuje się jednak właśnie do powrotu, gotowa jest bowiem jego armia Stormcast Eternals - najlepszych wojowników ludzkości, przeniesionych przez niego do jego niebiańskiego królestwa, gdzie przechodzą przemianę - stają się niemal nieśmiertelnymi czempionami, którzy powrócą, by przynieść wyzwolenie światu. 

Początek opowieści to przedstawienie Vandusa Hammerhanda, przywódcy Stormhostu, jednej z wielkich jednostek wiecznych wojowników Sigmara. Stoi przed swoją armią tuż przed przenosinami do Śmiertelnych Sfer. Nadszedł bowiem czas na powrót, na odzyskanie sfer z rąk Chaosu, na zaprowadzenie porządku i na zemstę. Vandus wraz ze swoimi żołnierzami ma zostać zesłany w jedną ze sfer, by odzyskać i odblokować jedno ze starożytnych przejść, prowadzących do królestwa Boga-Króla Sigmara, przez które ruszą kolejne legiony Wiecznych Wojowników. Traf chce, że na miejscu jest też duża armia czempiona Khorne'a, Korgosa Khula, poszukującego ostatniej czaszki na zwieńczenie stosu ofiarnego dla jego boga. ostatniej, a więc wyjątkowej i specjalnej, nie dającej się odnaleźć od dziesiątków, a może i setek lat...

Spotkanie obu armii może mieć tylko jeden skutek - rzeź, gejzery tryskającej krwi, bohaterowie rzucający hasła pełne patosu, zmienne koleje walki, a w końcu - jako że to początek całego settingu - zwycięstwo wojowników Sigmara. W trakcie, rzecz jasna, przedstawienie kolejnych bohaterów... Jakich? Cóż, to chyba żadne zaskoczenie, że tych, których figurki znajdują się w pudełkowym zestawie "Age of Sigmar". Opisywana nowelka jest bowiem fabularnym wprowadzeniem i opowieścią o spotkaniu armii pokazanych w tymże pudełku. Na łamach książeczki pojawia się i chorąży Khula, Threx Skullbrand, i Vekh Skórołupca i monstra Choasu, poznajemy Lorda Relictora, poznajemy monstrualnego wierzchowca Vandusa i historię samego dowódcy pierwszego Stormhostu.

Sama opowieść, podobnie jak ma to miejsce w przypadku innych nowelizacji przedstawiających historię stojącą za figurkami z zestawów pudełkowych Games Workshop, nie zachwyca. Nie zachwyca, przy czym jestem delikatny w tym określeniu. To rzemieślnicza robota, nie odbiegająca na jotę od dziesiątek już podobnych produkcji Black Library. Odbita od sztancy, powielona wcześniej w licznych podobnych produkcyjniakach, różniących się detalami jak nazwy, nazwiska i jakieś postacie poboczne. Dodatkowo, pełna patosu, mało zaskakujących "punktów zwrotnych" i, praktycznie od samego początku, jasno zmierzająca w stronę przewidywalnego końca. Na szczęście, przynajmniej, nie jest długa.

Sami Stormcast Eternals sprawili na mnie wrażenie, po prostu, Space Marines przeniesionych w świat quasi-fantasy. Niby coś tam ich różni, niby broń jest inna, ale i sam sposób ich produkcji, i opis bitwy, i opis ich działań, są żywcem wyjęte ze świata WH40K. O ile tam mnie to niespecjalnie razi, o tyle tutaj, zapewne z braku czasu na otrzaskanie się z tym nowym światem, całość jest, po prostu, niestrawna i wtórna. Wtórna wobec dokonań GW, który zdecydował o zrobieniu wersji fantasy swoich najlepiej sprzedających się armii w nadziei odnowienia drugiej z podstawowych gier.

Nie wiem, czy firmie się to uda. Świat przedstawiony w nowelce mnie, zwyczajnie, nie porwał. Jest generyczny do bólu, powielający schematu Imperium Ludzkości (Król-Bóg Sigmar - Imperator, jego siedziba to Terra, Eternale to Kosmiczni Marines, Lord Relictor to kapelan marines, itd, itp). Być może, w przyszłości, rozwinie się to w coś fajniejszego, na razie jest marną odbitką świata czterdziestki. Zasady "Age of Sigmar" podobają mi się, nowelce "The Gates of Azyr" mówię jednak zdecydowane nie.

Do Ośmiu Sfer z pewnością powrócę, przeczytam pierwszych kilka czy kilkanaście pozycji, by wyrobić sobie pełną opinię na temat nowego uniwersum, a raczej literackich prób jego przedstawienia, początek jednak nie jest zachęcający. Ani odrobinę. Zdecydowanie nie polecam.

niedziela, 17 maja 2015

Z półki Mormega: "Brunner the Bounty Hunter" (omnibus)

Od razu na wstępie postawię sprawę jasno - jeśli lubicie klimat starego Warhammera Fantasy Roleplay, tego z czasów pierwszej edycji, gdy ponury świat był pełen niebezpiecznych przygód, pełen nieznanych tajemnic, czekających na swego odkrywcę, pełen dziwnych miejsc, wypełnionych niebezpieczeństwami - ta książka sprawi wam wiele, naprawdę wiele radości. Jeśli, dodatkowo, cenicie filmy w rodzaju "Dobry, zły i brzydki", "wyjęty spod prawa Josey Welsh", czy "Za garść dolarów", a postać w stylu Boba Fetta sprawia, że żywiej bije wam serce - poczujecie się niczym czytelnicy opowieści o zdawna lubianym i cenionym starym przyjacielu.

"Brunner the Bounty Hunter" to zebrane w jednym tomie opowiadania i nowele autorstwa CL Wernera, których treścią jest historia, jakżeby inaczej, Brunnera, parającego się profesją łowcy nagród. Część z tych tekstów ukazała się w starym piśmie "Inferno" i przedrukowano je bez zmian, jednak większość spośród opowieści z książki ma za sobą nieco bardziej skomplikowaną historię. To opracowane na nowo wątki z innych opowiadań, przepisane i poprawione historie znane ze wspomnianego "Inferno", a także całkiem nowe opowieści. Wszystkie pojawiły się wcześniej w trzech książkach o Brunnerze ("Blood and Steel", "Blood Money" oraz "Blood of the Dragon"). Ja opisuję wersję omnibusową, łączącą je w całość. Choć, teoretycznie, to tylko opowiadania połączone osobą głównego bohatera, w praktyce, dzięki nawiązywaniu do wątków z wcześniejszych tekstów, a także osobie narratora, tworzą pełnoprawną, książkową fabułę.

Najpierw, jednak, słów parę o CL Wernerze. Nie jest on najbardziej rozpoznawalnym, ani płodnym autorem Black Library, znany jest głównie z kilku opowiadań osadzonych w światach obu gier, powieściowo udzielał się bardziej w Warhammerze fantasy. Jest autorem powieści o skavenach, a także opisywanego niedawno na łamach bloga ostatniego tomu sagi o Malusie Darkblade. Czytałem wcześniej, przynajmniej z tego co pamiętam, jedynie "Deathblade: A tale of Malus Darkblade". Od strony warsztatu pisarskiego "Malusowi..." zarzucić nic nie było można, choć co do samej książki mam mieszane uczucia. Wszelkie obiekcje znikają jednak przy "Brunnerze...". Widać tu bowiem, że autor, pozbawiony krępującego go gorsetu ustalonej wcześniej fabuły i wynikających z niej zdarzeń, wymyśla intrygi może nie będące szczytem wyrafinowania, niemniej jednak broniące się z powodzeniem wśród literatury fantasy, pełne swoistego uroku, czarmu i wybijające się na tle pozostałej pulpy z Black Library, zwłaszcza tej spod znaku wojennego młota.

Wielka w tym zasługa samego Brunnera, postaci mrocznej, mającej wiele wspólnego z archetypowymi bohaterami spaghetti westernów, twardzielami pracującymi za "garść złota", których - po przyjęciu zlecenia - nic nie zdoła sprowadzić z raz objętej drogi. To typ człowieka, dla którego reputacja jest wszystkim, dane słowo ma wartość przysięgi krwi, a dylematy moralne nie istnieją. Liczy się wypłata po zakończeniu polowania, a sposób wykonania zadania nie ma żadnego znaczenia. Honor, szlachetność i perfumowane chusteczki można pozostawić szlachetnie urodzonym idealistom, nie mającym pojęcia o prawdziwym życiu. Brunner twardo kroczy po ziemi, nie ufa prawie nikomu i - jak dotąd - dobrze na tym wychodzi.

Akcja opowiadań toczy się z dala od ubitych szlaków Imperium. Większość z nich dzieje się w Granicznych Księstwach, na pobrzeżach cywilizacji, lub też w Tileii czy Bretonii. Doskonałe są opisy miejsc, gdzie los i zlecenia rzucają łowcę nagród. To prawdziwa kopalnia wiedzy dla mistrza gry, chcącego nieco ubarwić prowadzone przygody. Opisy sytuacji politycznej państw-miast południa Starego Świata, wygląd krain leżących między miastami, doskonały opis zgniłego Mousillon, przemycane fragmentami wiadomości dotyczące prawdziwych stosunków między panującymi, a poddanymi tych mniej niż Imperium wyeksploatowanych krain... Czytając to, niejednokrotnie miałem dosłownie przed oczami wygląd miejsc opisywanych przez autora, czułem się tak, jak dawno, dawno temu, kiedy po raz pierwszy czytałem "Geheimnisnacht" czy "Jeźdźców wilków" Kinga. Świat, będący tłem opowieści, ożywał i przyzywał... Urzekło mnie również twórcze wykorzystanie drobniutkich elementów historii świata, które dostrzegą co bardziej uważni czytelnicy, uśmiechając się w duchu ku tym klimatycznym zapożyczeniom. Nazwy stworów, opisywane historie, kulty, imiona rzucane tu i tam podczas rozmów - wszystko to sprawia, że serca czytelników urzeczonych dawną wersją świata Warhammera biją nieco szybciej.

Nie od rzeczy będzie również wspomnieć, że wiele pomysłów Wernera jest, po prostu, inspirowanych wizją Starego Świata sprzed lat. To nie jest powieść o heroicznych bohaterach latających na pegazach i gryfach. To opowiadania o tych, którzy są niemal na dnie drabiny społecznej, o awanturniku lub ich grupie, zmagających się z wampirami, duchami, bandami rozbójników, wilkołakami, rycerzami chaosu, zwierzoludźmi. Gdzieś w tle przewija się tajemnica pochodzenia głównego bohatera. Czytelnikowi zdaje się, raz po raz, że już wkrótce zostanie rozwikłana, że tylko strona, góra dwie, dzielą go od poznania przeszłości Brunnera... Nic bardziej mylnego - pozostają jedynie mniej lub bardziej prawdopodobne domysły i oczekiwanie na kolejny tom przygód bezwzględnego łowcy. Nie obraziłbym się na taki prezent, oj nie obraził.

Książka jest dość obszerna, liczy ponad 750 stron. Mieści się w niej około tuzina opowiadań różnej długości i nowela, która jest, tak naprawdę, pełnoprawną książką, zajmuje. bowiem, mniej więcej połowę objętości tomu. "Blood od the dragon" - taki ma tytuł - jest zdecydowanie najbardziej rozwiniętą z opowieści, odniosłem jednak wrażenie, że nieco się dłuży, zwłaszcza pod koniec. Nie jest, absolutnie, zła, jednak na tle krótszych opowiadań wywarła na mnie najmniejsze wrażenie. Warto tylko zaznaczyć, że nowela ta zawiera mnóstwo smaczków dotyczących Bretonii.

Osobiście najbardziej podobały mi się dwa opowiadania, choć pozostałe ustępują im tylko nieznacznie. Teksty, które chciałbym wyróżnić, to "Where walks the Mardagg" (piękny opis kultu Solkana, jako bonusik), oraz "Deathmark" - z uwagi na tematykę i świetny opis walki pod koniec opowieści. Nie chciałbym tutaj zdradzać fabuły, myślę jednak, że opowiadanie to może być fajnym pomysłem na przygodę.

Podsumowując - gorąco polecam, jedna z najfaniejszych książek z Black Library, jakie ostatnio czytałem. Polecam zwłaszcza tym, którzy lubili lub lubią przemierzać bezdroża Starego Świata w swojej wyobraźni. Piękny powrót do nieco zapomnianej wersji obecnego świata Warhammera. Dla mnie - lektura obowiązkowa.

poniedziałek, 30 marca 2015

Z półki Mormega: "The Rise of the Horned Rat"

Czas na recenzję kolejnej powieści z serii "The End Times" - "The Rise of the Horned Rat". Autorem jest Guy Haley, książka ukazała się jako fabularyzowany odpowiednik podręcznika Warhammera "Thanquol". Haley jest relatywnie nowym autorem ze stajni Black Library, ma na koncie kilka powieści i dłuższych opowiadań osadzonych w uniwersum Warhammera 40K, a także kilkanaście opowiadań i powieści osadzonych w świecie fantasy. Jego najbardziej chyba znaną książką z tego uniwersum jest "Skarsnik" - ja jednak jeszcze jej nie czytałem, a samego autora kojarzę bardziej z twórczości "czterdziestkowej". Mimo raczej krótkiego stażu w wydawnictwie BL, Guy Haley od dawna zajmował się światami Games Workshop, był nawet redaktorem "White Dwarfa". Mówiąc krótko - gość zna się na rzeczy i  wie o czym pisze.

"The Rise of the Horned Rat", podobnie jak opisywane wcześniej powieści, których akcja toczy się zgodnie z fabułą podręczników z serii "The End Times" ("The Return of Nagash", "The Fall of Altdorf", "The Curse of Khaine", "Deathblade"), opowiada o wydarzeniach opisanych w szerszym kontekście na stronach innych książek. Fabuła powieści nie jest jednak prostą kalką wydarzeń, to raczej rozwinięcie niektórych wątków, uzupełnienie ich, snucie opowieści na ich kanwie. Niektóre rzeczy opisane są znacznie dokładniej, pojawiają się nowi bohaterowie, opisane są - przynajmniej częściowo - motywy i działania pomniejszych postaci. Działa to też na odwrót - akcja "Powrotu Rogatego Szczura" w praktyce całkowicie pomija wątek walk skavenów z jaszczuroludźmi w Lustrii, starań rozmaitych frakcji skaveńskich, ich wysiłków zmierzających do rozbicia czy przyciągnięcia Morrslieba. I dobrze - uprzedzając nieco cykl recenzji napiszę, że opis tych wydarzeń, stanowiący niemal połowę podręcznika "Thanquol", był dla mnie wtórny i mało ciekawy. Zamiast tego fabuła książki Haley'a koncentruje się na wydarzeniach, które niemal w całości toczą się w okolicach i pod górami Karak Osiem Szczytów.

Dawne krasnoludzkie miasto-forteca, siedziba króla Belagara, prawowitego króla miasta, potomka jego dawnych władców, jest areną zmagań trzech, a nawet czterech stron - nielicznych krasnoludów, nieprzeliczonych skavenów, goblinów pod wodzą Skarsnika oraz ogrów, gotowych nająć się temu, kto zapłaci najwyższą cenę... Wszyscy oni, może za wyjątkiem ogrów, chcą zająć fortecę raz i na zawsze wyłącznie dla siebie. I o tym właśnie mówi "Powrót Rogatego Szczura". Nietrudno się domyślić, że nie jest to książka radosna, opowiadająca o odrodzeniu krasnoludów. Wprost przeciwnie. Krasnoludy umierają. Upadają, jedna po drugiej, ich wspaniałe twierdze. Prastare komnaty, będące świadkami tysięcy lat chwalebnych wydarzeń, pustoszeją, giną w rozbłysku wybuchów dział i piekielnych maszyn szczuroludzi, zapadają się w nicość i proch, wraz ze swoimi twórcami.

Trudno jest wskazać głównego bohatera powieści. Większość akcji toczy się wokół Belagara, a potem Thorgrima, jednak tak naprawdę mocą sprawczą wszystkich wydarzeń jest Queek Headtaker. Największy spośród wojowników szczuroludzi, najznamienitszy wódz skaveński, okryty chwałą zwycięzcy i pogromcy krasnoludów otrzymuje zadanie ostatecznego pozbycia się garstki długobrodych, uparcie broniących swego królestwa dawno przebrzmiałej chwały. Queek do wykonania zadania otrzymuje gigantyczne środki - nieprzeliczone hordy niewolników i wojowników, maszyny bojowe, wsparcie licznych klanów. Na drodze do zwycięstwa są tylko dwie przeszkody. Pierwsza to, rzecz jasna, krasnoludy, uparcie trzymające się resztek swego dziedzictwa. Drugą są gobliny, dowodzone przez Skarsnika, który ma własne, wielkie plany - a brak w nich miejsca zarówno dla krasnoludów, jak i skavenów (chyba, że to miejsce w brzuchach zielonoskórych).

Wszyscy miłośnicy długobrodych będą rozdarci akcją powieści. Z jednej strony, opis upadku Karak Osiem Szczytów jest, naprawdę, epicki. Zmagania krasnoludów, toczących nierówną, z góry skazaną na porażkę walkę, porażają heroicznością, poczuciem beznadziei i - w końcu - smutkiem. Smutkiem i złością na tak marny koniec dumnego i niegdyś potężnego ludu, zalanego falą brunatnych i zielonych stworów, marzących jedynie o zniszczeniu i panowaniu nad ruinami. Walka krasnoludów wbija jednak w dumę. Do ostatka, do ostatniego obrońcy, do ostatniej obrończyni - każdy z nich warty jest stanięcia pośród przodków i spojrzenia w ich oczy z dumą i bez wstydu. Opis ostatniej walki Belagora zapiera dech w piersiach. Wynik walki może być tylko jeden, ale - na przodków - szkoda, że annały krasnoludzkie pozbawione zostały opisu tego pojedynku... Równie wielkie emocje budzi nieco późniejsza ostatnia walka królowej, żony Belagara i jego syna.

Doskonała jest także bitwa, w której Thorgrim Grudgebearer staje naprzeciw gigantycznej armii skavenów. Wbrew taktyce krasnoludów nie zamyka się w ścianach swej kamienne fortecy, wychodzi w pole, walczy pod niebem i - mimo problemów - udaje mu się rozbić w pył wrogie siły. Tym większa szkoda, zdziwienie i szok, jak później kończy - ze zdziwieniem wpatrując się pod rozgwieżdżonym niebem w trzy ociekające zieloną trucizną sztylety, których ostrza wystają mu z piersi. Tak mija chwała świata krasnoludów, tak kończy się epoka, tak ginie świat.

Osobiście, bardzo podobał mi się również Skarsnik. Pokazany w sposób, który odpowiada mi chyba najbardziej, kiedy w grę wchodzą zielonoskórzy. Mieszanka humoru, okrucieństwa, przebiegłości sprawia, że ten mały, zielony pokurcz jest jednym z ciekawszych bohaterów całej powieści. Z całą pewnością przeczytam, wobec tego, poprzednią książkę autora, o Skarsniku właśnie.

Również Queek jest pokazany jako postać głębsza, niż li tylko mordercza maszyna do zabijania. Haleyowi udało się przekonująco pokazać motywy stojące za działaniami wodza skavenów. Ok, motywy, to może złe słowo. Motyw. Queek jest brutalnym, nie mającym sobie równych mordercą, z łatwością radzącym sobie z praktycznie każdym przeciwnikiem. Queek się jednak również starzeje. O ile krasnoludy czy elfy mogą żyć setki lat, jedynie naprawdę wyjątkowi skaveni liczą lata życia w dziesiątkach, a jednostki w setkach. Queek nie chce się zestarzeć, chce być jednym z nielicznych - otrzyma możliwość przedłużenia życia, jeśli uda mu się rzucić krasnoludy na kolana...

Motyw ten, a wraz z nim kilka innych, potraktowany został jednak nieco po macoszemu. Jest on dokładnie wyjaśniony w podręczniku "Thanquol", natomiast w książce jest raczej sporo odniesień do wydarzeń z tego podręcznika, niż dokładnych wyjaśnień. Z pewnością dla osób znających treść "Thanquola" część wydarzeń z "The Rise of the Horned Rat" będzie znacznie bardziej zrozumiała, niż dla czytelników, którzy nie będą mieli ze sobą tej lektury. Dla nich niektóre spośród wydarzeń czy motywacji bohaterów mogą być dość zaskakujące. Tak jest z motywem starości Queeka, tak jest ze śmiercią Thorgrima (a ogólniej, z całością wydarzeń w jego fortecy).

To jednak tylko pomniejsze problemy. Książka jest - nie zawaham się użyć tego słowa - naprawdę świetna. Nie tylko kończy wiele wątków, od dziesięcioleci przewijających się w Warhammerze (o Belegarze próbującym odzyskać Karak Osiem Szczytów pisał już Bill King jakieś dwadzieścia lat temu w jednym z pierwszych opowiadań o Gotreku), nie tylko w epicki sposób opisuje koniec pewnego wieku świata Warhammera, lecz również sprawia, że czytelnik naprawdę identyfikuje się z - jeśli nie wszystkimi - to znaczną większością postaci pierwszoplanowych. Nawet Queek ma w sobie coś, co sprawia, że można kibicować jego działaniom.

Z oczywistych powodów powieść może najbardziej podobać się osobom interesującym się krasnoludami i skavenami, część z wydarzeń, o których pojawiają się krótkie wzmianki, pochodzi bowiem z historii tych dwóch ras. Niemniej jednak, nawet bez ich dogłębnej znajomości praca Haley'a to kawał świetnej roboty pisarskiej. Jak dotychczas to właśnie ta powieść podobała mi się najbardziej spośród wszystkich sygnowanych znakiem "The End Times". Serdecznie polecam.

poniedziałek, 16 marca 2015

Z półki Mormega: Deathblade: A tale of Malus Darkblade

Jestem wściekły. Nie, wróć. Wściekły to słabe, zbyt mało emocjonalne słowo na określenie mojego stanu ducha. Jestem wkurwiony.. O, właśnie tak. Wkurwiony. Malus Darkblade, najbardziej znany mroczny elf uniwersum Warhammera, bohater doskonałych pięciu książek i powieści graficznej powrócił. Ktoś mógłby zapytać - Hola, hola, o co się wściekać, to chyba powód do radości? Otóż, krótko mówiąc, nie. Malus Darkblade powraca, ale to nie jest TEN Malus. Pierwsze pięć powieści o jego wyczynach wyszło spod piór autorów Dana Abnetta i Mike'a Lee. Ostatni tom sagi, o którym traktuje ten wpis, napisał C.L. Werner. Samo w sobie to nic złego, mam właśnie kupę radochy czytając omnibus tegoż autora, dotyczący przygód łowcy nagród Brunnera (recenzja wkrótce). Problem pojawia się, kiedy Werner włazi w buty swoich szanownych poprzedników, a włazi ciągle...

Zacznijmy, jednak, od początku. Szósty tom przygód Malusa nosi tytuł "Deathblade", ukazał się równocześnie z podręcznikiem "Warhammer The End Times: Khaine" i z powieścią "The curse of Khaine". Jest z nimi powiązany fabularnie - opowiada o wydarzeniach przedstawionych w tych dwóch wydawnictwach z punktu widzenia Malusa. Skrótowo, Malekith podejmuje decyzję o zniszczeniu Naggaroth i podjęciu ostatniej próby odzyskania swojego dziedzictwa, innymi słowy po raz kolejny najeżdża Ulthuan. Tym razem dysponuje jednak atutami także innymi, niż jego zwyczajowa zawziętość, okrucieństwo i żądza powrotu. Teclis, uprzedzony przez boginię Lileath o nadchodzącym końcu świata, zaczyna snuć skomplikowaną intrygę, w której stawką jest ocalenie elfów i - być może - choć części świata. Intryga jest wielowątkowa i niezwykle rozbudowana, starczy jednak powiedzieć, że Malekith ma spore szanse na odzyskanie władzy nad elfami, których jest, rzeczywiście, prawowitym, choć wygnanym władcą. Jak wspominałem przy recenzjach "Warhammer The End Times: Khaine" i "The Curse of Khaine", wydarzenia przedstawione w tych książkach wywracają do góry nogami naszą dotychczasową wiedzę o historii elfów Warhammera, tworzą też epicką historię powrotu Malekitha i końca Ulthuanu.

Jak w to wszystko wpasowany jest "Deathblade"? Krótko mówiąc, nijako. To, po raz trzeci powtórzone te same wydarzenia główne osi intrygi, opisane jedynie z punktu widzenia Malusa. Oczywiście, jako że Darkblade do samego końca nie ma specjalnego pojęcia o planach swojego władcy, nacisk w książce o jego dokonaniach położony jest na nieco inne elementy, eksponujące, przede wszystkim, jego własną rolę. Trzeba jednak jasno powiedzieć - o ile w poprzednich częściach cyklu to Malus był bohaterem i rozgrywającym, tu, w finale opowieści, został sprowadzony do roli mniej lub bardziej posłusznego wykonawcy woli Wiedźmiego Króla, zgodnie ze swoim nie tak dawno osiągniętym statusem społecznym, całkowicie natomiast wbrew duchowi i stylowi poprzednich przygód. Jego dokonania nie są specjalnie imponujące, on sam nie wyróżnia się też niczym na tle innych przedstawicieli najwyższych rodów Naggaroth. Ot, jeszcze jeden okrutny mroczny elf.

To zresztą moja największa pretensja do autora, C.L. Wernera. O ile w poprzednich częściach cyklu Malus był wrednym sukinsynem (a był cały czas), o tyle przedstawiano to w taki sposób, że - mimo wszystko - czytelnik, nawet mimo woli, kibicował jego dokonaniom i z zapartym tchem śledził kolejne przygody, podziwiając niezłomność charakteru, ambicję i ironiczne poczucie humoru. Z tego Darkblade'a w nowej powieści zostało bardzo, bardzo niewiele. Malus jest wrednym, okrutnym, ambitnym ponad wszystko, pozbawionym poczucia humoru, paranoicznym psychopatą. Sadystycznym potworem, całkowicie pozbawionym swoistego uroku swoich wcześniejszych inkarnacji. Oczywiście, częściową winę za ten stan rzeczy ponoszą ściśle określona fabuła Czasów Końca i, wspomniany, zmieniony status społeczny Malusa. Niemniej jednak uważam, że nawet w tym przypadku całość opisana mogła być zgrabniej i w sposób bliższy stylowi Abnetta i Lee. Praktycznie niewykorzystany jest, choćby, Tz'arkan, będący tak istotnym elementem wcześniejszych opowieści. W tej został sprowadzony do roli niemal niemego obserwatora. Powracają, najczęściej na dość krótko, starzy bohaterowie drugoplanowi, jak świetny niegdyś Silar, niestety, tak jak i sam Malus, pozostają raczej epizodami, niż pełnokrwistymi postaciami z poprzednich opowieści.

Książka budzi we mnie mieszane uczucia. Z jednej strony, wzbogaca historię wydarzeń toczących się na Ulthuanie Czasów Końca, przedstawiając część z nich w sposób pełniejszy i bogatszy, niż dwie pozostałe pozycje. Gdyby traktować ją jedynie jako kolejną fabułę tego rodzaju, broni się całkiem nieźle, na pewno nie jest gorsza niż "The Curse of Khaine". Z drugiej strony, do diaska, to książka o Malusie. Jako taka, jest zupełnie odmienna od poprzednich pozycji w serii i, co tu dużo gadać, znacznie gorsza. Nie w sensie roboty pisarskiej - nie zgrzyta się zębami czytając poszczególne rozdziały. Mam na myśli, raczej, ogólne wrażenie, brak satysfakcji i przyjemności, jaką czerpałem przy lekturze wcześniejszych przygód Darkblade'a. Wygląda na doczepioną do nich na siłę, sprawia wrażenie dopisanej pod przymusem, z chęcią "zmonetyzowania" dalszych losów jednego z ulubionych bohaterów ze stajni Black Library. Jako opowieść o końcu jednego z generałów Malekitha broni się doskonale. Jako historia końca Malusa Darkblade'a rozczarowuje. 

Rozczarowuje, zresztą, nie tylko jako całość. Śmierć Malusa jest totalnie antyklimatyczna, ten heros ginie w sposób bardziej przystający do drugorzędnego bohatera trzeciorzędnej opowieści, niż do faceta, który - dosłownie - wyrąbał sobie mieczem drogę na sam szczyt społeczeństwa Mrocznych Elfów. Koniec życia Malusa jest krótki, mokry i wstydliwy, jak pierwszy raz nastoletniego prawiczka. Brak mu epickości, czytając o nim nie miałem, w ogóle, wrażenia uczestniczenia w czymś istotnym, obserwowania końca jednego z moich ulubionych bohaterów. 

Szkoda. Wielka szkoda.

poniedziałek, 9 marca 2015

Z półki Mormega: The Curse of Khaine

"The Curse of Khaine" to już kolejna powieść ze świata Warhammera, sygnowana logiem "The End Times" - jej fabuła zazębia się i poszerza wątki opisane w podręcznikach przeznaczonych do użytku z grą bitewną. W tym wypadku fabuła "Klątwy Khaine'a" poszerza fabułę "Warhammer The End Times: Khaine". Autorem powieści, liczącej 384 strony, jest Gavin Thorpe, niegdyś jeden z redaktorów White Dwarfa, potem autor podręczników do gry, w końcu - pisarz działający na rzecz Games Workshop i Black Library, podmiotu odpowiadającego za wydanie tej książki.

Otwarcie napiszę, że nie jestem, a raczej do niedawna nie byłem, specjalnym fanem jego twórczości. Pamiętam go, po prostu, jako trochę pryszczatego chłopaka z kart Białego Krasnoluda, pamiętam też jego pierwsze próbki literackie. Cóż. Nie były one specjalnie wysokich lotów, nawet na tle reszty ówczesnej twórczości spod znaku młota i boltera. Dziś jednak jestem bliski zmiany swojej opinii - a to za sprawą recenzowanej właśnie powieści.

Zacznijmy, jednak, ab ovo. Fabuła "The Curse of Khaine" to, w zasadzie, powtórzenie treści "Khaine", podana jednak w odmienny sposób. W podręczniku do bitewniaka bohaterów było wielu - karty księgi informowały zarówno o tym, co dzieje się w obozie Mrocznych Elfów, jak i o staraniach Tyriona, poczynaniach Teclisa, mówiły o tym, co dzieje się wśród Leśnych Elfów, w końcu o tym, co przydarzyło się kilkudziesięciu bohaterom mniejszej rangi, a nawet postaciom epizodycznym. W przypadku "Klątwy..." bohater jest tylko jeden. Mroczny, posępny, budzący grozę Malekith. Od zawsze jeden z czołowych "złych" bohaterów świata Warhammera, od zawsze istota opętana własnymi ambicjami, od zawsze pechowiec i - od zawsze - jeden z bardziej płaskich antyherosów tego uniwersum. Cóż, to ostatnie, można odłożyć na półkę. Już  w "Khaine" Malekith daje się poznać jako postać daleka od płaskości i tym bardziej pełna niuansów, im bliżej końca całej opowieści. W "Curse of Khaine" przywódca Mrocznych Elfów jest pełnowymiarową postacią, głęboką i posiadającą cechy nadające mu wiarygodności. Spójrzmy bowiem prawdzie w oczy - postaci fantasy, zwłaszcza te, które zaludniają karty książek z rodzaju tych, jakie publikuje Black Library, najczęściej są mało skomplikowane i przewidywalne, aż do bólu.

Właśnie, bólu, cierpienia i śmierci, czyli tych czynników, bez których niełatwo wyobrazić sobie okrutnego pana losu, życia i śmierci Druchii. Dość trudno z okrutnika i sadysty zrobić postać, z którą zdolny byłby identyfikować się tak zwany przeciętny czytelnik. Że się da, udowodnili już dawno autorzy powieści o Malusie (recenzja ostatniego tomu jego sagi już wkrótce). Zadziwjające, ale Thorpe'owi udała się ta sztuka na łamach jego dzieła. Autor miał, trzeba przyznać, nieco łatwiejsze zadanie niż twórcy Malusa, Malekith podlega bowiem zmianom, czyniącym z niego sympatyczniejszego osobnika, z drugiej jednak strony wydobycie go z głębi, nazwijmy to delikatnie, czteroliterowej ciemności, w którą umieścili go wcześniejsi autorzy, opisujący jego dzieje (mam na myśli zarówno autorów podręczników do gry, jak i wcześniejszych książek o działaniach Malekitha - w tym samego Thorpe'a), znacząco utrudniało to zadanie. Uznałem jednak, po skończeniu lektury, że autorowi się ta trudna sztuka naprawdę udała. Malekith nie tylko się zmienia. Zmienia się w sposób logiczny i prawdopodobny. Jego przemiana, przejście od bycia kwintesencją zła i okrucieństwa w stan, nazwijmy to, praworządności i surowości zaledwie, wobec wcześniejszego sadyzmu, jest pokazana jako akt naturalny, wynikający ze zmienionych okoliczności, będący logicznym wyborem umysłu, skupionego na przetrwaniu rasy. Dodajmy - całej rasy, bez podziałów płynących z tragicznej historii.

Fajnym motywem książki, który nie istnieje w podręczniku do WFB, są wspomnienia Malekitha, sięgające samego początku, czasów tuż po śmierci jego ojca. Pokazane zostały początki konfliktu, niesprawiedliwość, jaka go spotkała, nie będąca, wbrew wcześniejszym publikacjom GW, jedynie jego własnym wyobrażeniem. Elfy są, po prostu, równie nieprawe i poddające się manipulacji, pyszne i dumne, jak wszystkie inne żywe, rozumne istoty. Może nawet bardziej, biorąc pod uwagę ich pochodzenie i status. Podczas czytania tych fragmentów miałem jednak pewne wątpliwości - niektóre ze wspomnień odwoływały się do wydarzeń, które - zapewne - były opisane w innych powieściach i podręcznikach, nieczytanych przeze mnie. Nie sprawiało to specjalnych trudności w zrozumieniu ani akcji, ani motywacji Malekitha, niemniej jednak pozostawiło pewien niedosyt. Mam też wrażenie, że osoby nieobeznane z tłem fabularnym elfów mogą mieć pewne trudności ze zrozumieniem kilku rzeczy. Część bohaterów pomniejszej rangi pojawia się, bowiem, w zasadzie znikąd. Osoby znające fluff elfów, rzecz jasna, będą wiedziały, przykładowo, kim jest Caradryan i dlaczego milczy. Bez tej wiedzy trudniej będzie zrozumieć wagę jego słów. Niektóre z wydarzeń, istotnych dla całej fabuły, są zaledwie wzmianką. Autor wyraźnie liczy, że czytelnik zna przynajmniej zarys wydarzeń z książki "Warhammer The End Times: Khaine". Niespecjalnie jasne mogą być też odniesienia do wydarzeń z przeszłości bogów elfiego panteonu - te jednak wraz z lekturą stają się coraz bardziej oczywiste.

Niektórzy spośród czytelników mogą być zawiedzeni charakterem opowieści - jest w niej, relatywnie, niewiele walk, bitwy opisane w szczegółowy sposób są zaledwie dwie, większość akcji dzieje się poprzez rozmowy, opisy i wspomnienia. Niech to jednak nie zraża potencjalnych chętnych do zapoznania się z tą książką. "Curse of Khaine" to jedna z najlepszych opowieści ze świata Warhammera, epicka w rozmachu, a jednocześnie skupiona na jednej postaci, ważnej dla całego uniwersum. Dobrze napisana, wyróżniająca się w natłoku gropochodnej literatury średnich lotów. Do diaska, zdołałem polubić i - nawet - pożałować Malekitha, prawowitego Wiecznego Króla, wygnańca i odkupiciela. Zdecydowanie, bardzo mocno polecam.

niedziela, 26 października 2014

Z półki Mormega: "The Return of Nagash"

Dawno nie publikowaliśmy z bratem niczego z cyklu naszych recenzji książek Black Library, czas więc trochę nadrobić te zaległości. Pora jest na to, zresztą, doskonała. Na naszych oczach świat Warhammera Fantasy Battle zmienia się diametralnie. Czy na lepsze, to się dopiero okaże, w każdym razie nic już nie będzie takie samo, fluff na naszych oczach wywraca się do góry nogami, a bohaterowie rodzą się i umierają, czy też znikają, by pojawić się w jakiejś innej formie, w sposób niemalże seryjny. 

Proces zmiany GW nazwało, z właściwą sobie pompą, "Końcem Czasu". W sumie, trudno się dziwić. Rzeczywiście, coś się kończy, coś się - miejmy nadzieję - zaczyna. A już, na pewno, wiele sie zmienia.

Ostrzegam, że w dalszej części wpisu pojawią się rozmaite spojlery...

Jedną z pierwszych książęk, osadzonych w tych czasach zmiany, jest "The Return of Nagash" autorstwa Josha Reynoldsa, stojącego obecnie za całkiem sporą liczbą powieści i opowiadań, których akcja ma miejsce w Starym Świecie i jego okolicach. Napisał już kilka powieści o Gotreku i Feliksie, lecz - co ważniejsze, ze względu na tematykę - spod jego pióra wyszły również "Neferata" i "Master of Death", dwie książki opowiadające historię wampirów. Zwłaszcza "Neferata" wywarła na mnie korzystne wrażenie, o czym możecie się przekonać tutaj, czytając recenzję tej powieści.

Akcja "Powrotu Nagasha" rozpoczyna się od krótkiego streszczenia wydarzeń, jakie mają miejsce w świecie Warhammera. Sylvania, prowincja Imperium będąca lennem wampirycznej rodziny von Carsteinów otoczona jest nieprzeniknionym, czarodziejskim murem. Można go przekroczyć jedynie wkraczając do Sylvanii, żaden ożywieniec nie jest w stanie się z niej wydostać. Skaveni wyruszyli ze swojego Pod-Imperium, niosąc śmierć i zniszczenie Tileii i Granicznym Księstwom, które padły w ciągu kilkunastu godzin. Siły Chaosu, zjednoczone pod sztandarami Wszechwybrańca Archaona, rozpoczynają kolejną inwazję. Awangarda zaledwie jego armii niosącej sztandary Czterech Bogów wystarcza do zmiecenia z powierzchni ziemi Kisleva - w całości i, chyba, nieodwołalnie. Armie Chaosu zatrzymują się na granicach Imperium, gdzie w niebo strzela Bastion Wiary - kolejny czarodziejski mur, dzięki modlitwom kapłanów i czarom magów broniący wstępu do krainy Cesarza Franza. W Bretonii trwa bratobójcza wojna króla Louena Leoncoeura i jego bastardziego syna, Mallobaude'a, zakończona - w końcu - śmiercią i jednego, i drugiego, objawianiem się Zielonego Rycerza, który po podniesieniu przyłbicy okazuje się Gillesem Le Bretonem, założycielem królestwa z dawnych dni. Udaje mu się zakończyć wojne domową i zbiera siły, do ostatecznego rozprawienia się z ożywieńcami, panoszącymi się w jego państwie wskutek sojuszu Mallobaude'a i Arkhana Czarnego. Wszystkie praktycznie krainy stają się celem demonicznych napaści. Granice Naggaroth szturmowane są przez armie Chaosu dowodzone przez Valkyę, po Ulthuanie ponownie kroczą demony, ponownie rozpalają się tam zagaszone, zdawałoby się, węgle wojny domowej. W płonących dżunglach Lustrii, w zrujnowanych miastach Slannowie planują ewakuację z tego niewdzięcznego świata.

Mówiąc krótko, dzieje się naprawdę dużo, a postaci będące z nami nieraz przez dziesięciolecia grania w Młota, giną niczym browar na imprezie studenckiej - często na marginesie opisywanych wydarzeń, ot wspomniane mimochodem przy jakiejś okazji.

Głównymi bohaterami książki są dwaj "badguje" - obaj warci siebie, obaj budzący skrajne emocje i obaj niemal równie interesujący - Mannfred von Carstein i Arkhan Czarny. Zwłaszcza ten drugi, mimo że teoretycznie mniej inspirujący jako postać, okazuje się i bardziej złożony, i bardziej ciekawy (jest to zresztą jedna z moich ulubionych postaci poprzedniego cyklu książek o Nagashu). Akcja opowieści przekazywana jest nam, czasami, z punktu widzenia kilku innych postaci, nie mają one jednak, tak naprawdę, większego znaczenia. Liczą się tylko Mannfred i Arkhan. Pierwszy jest opętany żądzą stworzenia własnego Imperium. Dużego. A najlepiej gigantycznego. Z nim i tylko z nim jako najwyższym władcą. W tym celu od lat knuł intrygi, wskutek których zamierzał przywołać do istnienia Nagasha, a następnie - nie opisano w jaki sposób - wykorzystać go do swoich niecnych zamiarów. Znawcy fluffu ożywieńców już w tym momencie mogli się uśmiechnąć - bo marzenia Mannfreda są równie prawdopodobne, jak marzenia muchy chcącej rozkazywać armii pająków. Cel Arkhana jest zbieżny - Nagash musi powrócić. Odmienne są jednak jego motywy. Licz jest tak stary, że sam już, w zasadzie, nie pamięta, na czym zależy jemu samemu. Liczy się tylko i wyłącznie Nagash, jego powrót, służba i - może - w końcu - zapomnienie i ostateczna śmierć dla wiernego sługi. Arkhan doskonale zdaje sobie też sprawę, że jest nieustannie manipulowany przez Nagasha. Manipulowany do tego stopnia, iż nie potrafi już odróżnić swoich pragnień, swych własnych celów, od życzeń i woli swojego pana. Autorowi udało się w przekonujący sposób pokazać wątpliwości, jakie w skrytości ducha żywi licz względem tego, co robi. Wątpliwości na tyle silnych, by dawały o sobie znać pojawiającymi się co jakiś czas niewesołymi konkluzjami, niemniej jednak nie mogących równać się z wolą, wręcz żądzą przywrócenia Nagasha.

Mannfred na początku wydawał mi się mniej interesujący. Ostatecznie Reynoldsowi udało się przekonać mnie do tej postaci, głównie poprzez wiarygodne oddanie jej idee fixe, a także pokazanie sposobu działania. Przez pierwszych kilkanaście stron książki denerwował mnie wampirzy tatuś Mannfreda, Vlad, pojawiający się jako głos w umyśle ostatniego z wielkich von Carsteinów, przyzwyczaiłem się jednak i nawet wkrótce zaczęło mnie to bawić równie mocno, jak irytowało to Pana Sylvanii.

Z bohaterów drugoplanowych, odgrywających czasami ważniejsze role - do gustu przypadł mi Erikan Crowfiend. Ma zadatki na ciekawego antybohatera, mam nadzieję, że pojawi się jeszcze w całej historii. Kolejnym z takich bohaterów drugiego, a w tym wypadku właściwie nawet i trzeciego planu, był mentor Erikana, stary, umierający nekromanta. Zanim oddał ducha i stał się zombie, zdążył rzucić parę niezłych tekstów.

Sama fabuła jest znana wszystkim, którzy zapoznali się z podręcznikiem "The End of Times: Nagash", doprowadzona jest mniej więcej do połowy wydarzeń znanych z tej książki. W zasadzie jedynymi różnicami pomiędzy oboma książkami jest wprowadzenie kilku bohaterów trzecioplanowych i nieco dokładniejsze przedstawienie poszczególnych wydarzeń - bitwy o La Maisontaal, zdobycia miecza Nagasha i jego zbroi. Opis ataku wojsk Mannfreda na jaskinię Skavenów, bronioną przez kolejne fale coraz to bardziej zdesperowanych szczuroludzi, a w końcu opis zdobycia ich wewnętrznej twierdzy, robi naprawdę bardzo dobre wrażenie. Bardzo klimatyczna, napisana z werwą i drygiem jest też bitwa przy Dziewięciu Demonach, miejscu rytuału, którego celem jest odrodzenia Nagasha. W wersach ją opisujących czuć rozmach i epickość, desperację Wysokich Elfów pragnących zapobiec rytuałowi i zdecydowanie Arkhana i Mannfreda, który dopiero teraz zaczyna zastanawiać się, czy też jego działania aby na pewno wyjdą mu na dobre.

Mocną stroną powieści jest też para nieodłącznych, do niedawna, ożywieńczych herosów. Dawnego czempiona Chaosu, Krella, i Liczmistrza Kemmlera. Bardzo interesująco potoczyły się ich losy pokazane na stronach opowieści, Krell ukazany został jako niepokonana praktycznie maszyna do zabijania, jeden z najważniejszych stronników Nagasha. Kemmler zaś... Cóż, Kemmler zmienił sojusze.

Ciekawy jestem, co jeszcze szykuje dla nas autor "Powrotu...". Sceny z Morgianą La Fay, ginącą niemal dobrowolnie podczas rytuału przyzwania Wielkiego Nekromanty, a także czar rzucony przez Wieczne Dziecko, Aliathrę, pozwalają przypuszczać, że Arkhan może jeszcze nas czymś zaskoczyć...


"The Return of Nagash" to - zdecydowanie - najlepsza powieść tego autora wydana przez Black Library, jedna z najlepszych w ogóle, osadzonych w świecie WFB i absolutny "must read" dla wszystkich miłośników Wojennego Młota. Niezależnie od tego, czy wprowadzane zmiany się komuś podobają, czy też nie jest się ich zwolennikiem, książka jest - po prostu - dobra. Dobrze napisana, zwłaszcza w częściach środkowej i końcowej, z bardzo dobrymi opisami bitew. No i - last but not least - rusza z posad bryłę świata. Bądźmy szczerzy - kiedy coś takiego miało ostatnio miejsce w Starym Świecie?

niedziela, 10 marca 2013

Z półki Mormega - Neferata


Kilka tygodni temu w moje ręce trafił prezent w postaci książki "Neferata", napisanej przez Josha Reynoldsa. Autor jest - przynajmniej dotychczas - nieznany szerzej fanom Czarnej Biblioteki, napisał bowiem tylko jedną inną książkę, wydaną przez to wydawnictwo ("Knight of the Blazing Sun"), jest jednak doświadczonym pisarzem, z siedmioma powieściami i dziesiątkami opowiadań z dziedzin takich jak fantasy, horror czy sensacja na koncie.
Książka wydana jest w postaci paperbacka, liczy 416 stron. Na okładce, utrzymanej w stylistyce dotychczas wydawanych pozycji Black Library osadzonych w świecie Warhammera, znajduje się ilustracja autorstwa Jona Sullivana, przedstawiająca tytułową postać książki. Powieść jest pierwszą częścią większej całości, noszącej tytuł "The Blood of Nagash", która ma opowiadać o początkach rozmaitych linii wampirów Starego Świata. Muszę powiedzieć, że trudno wyobrazić sobie bardziej interesujące - dla mnie - opowieści z pradawnych dni. Dostaliśmy już wcześniej trylogię Nagasha, opisującą w szczegółach początki Wielkiego Nekromanty, jego powstanie, upadek i - zdawałoby się ostateczne unicestwienie. Jednak wampiry, te pierwotne, najsilniejsze, pochodzące jeszcze z piasków Arabii - są chyba ciekawsze. Nagash jest dość płaską postacią, potężny, niemal nie do powstrzymania, jego jedyną ambicją jest zmiana świata w jedną gigantyczną nekropolię, miejsce zatrzymane w czasie, gdzie nie zachodzi żadna zmiana. Na jego tle krwiopijcy jawią się jako znacznie ciekawsi bohaterowie. Żądzą nimi - wbrew temu co pisze kilkukrotnie autor - praktycznie ludzkie emocje. Ludzkie w znaczeniu znane także ludziom - a najsilniejsze z nich to pragnienie władzy. I to właśnie o tym pragnieniu traktuje "Neferata". Dodam jeszcze tylko, że w dalszej części tekstu będzie trochę spoilerów, o czym lojalnie uprzedzam.
Bohaterka książki to była królowa Lahmii, pierwszy i najstarszy z wampirów. Zmuszona do ucieczki zarówno ze swego królestwa, jak i z praktycznie każdego innego miejsca, które miała nadzieję uczynić zalążkiem swego imperium, wie jedno - władza jej się należy - z urodzenia, z ambicji, z żądzy i z prawa pierwszeństwa. Nie dziwi więc, że stara się zrobić wszystko, snując nici subtelnych intryg, zmieniając stronników, manipulując czynami innych, poświęcając pionki - by móc o sobie powiedzieć - ponownie - władczyni królestwa, królowa nocy. Okazja, któraś już z kolei, nadarza się, gdy wygnana z Sartosy zmierza w stronę Czarnego Słońca, przyzywającego ją do miasta Mourkain. Zdążając ku niemu wraz z grupą wiernych jej wampirów przypadkiem ratuje z rąk zwierzoludzi krasnoluda. Czyn ten jest początkiem długiej drogi, kończącej się śmiercią tysięcy ludzi, krasnoludów i dziesiątków wampirów oraz zdobyciem przez Neferatę upragnionego królestwa - Srebrnego Szczytu - miejsca, w którym rządził wcześniej nieszczęsny lud synów Grungniego. Zanim jednak do tego dojdzie, bohaterce książki przyjdzie przez wieki cierpliwie czekać, rozwijać sieć intryg, planować wydarzenia na kilka kroków w przód, siać ziarna, które mają przynieść owoce dopiero za dziesięciolecia. Mogłoby się wydawać, że czytanie o tym jest nudne, nie jest w stanie rywalizować z opisem wyczynów, przykładowo, Abhorasha, założyciela Krwawych Smoków. Nic bardziej mylnego. Działania bohaterki książki opisane są w atrakcyjny sposób, wbrew pozorom całkiem sporo jest też w niej nieźle napisanych scen walki - zarówno grupowych, jak i bardziej kameralnych.
Fabuła książki, choć w ogólnych zarysach znana większości fanów gry, potrafi zaskoczyć. Wielka w tym zasługa autora, który ograniczony zarówno tłem fabularnym samego Warhammera, jak i wcześniejszymi wydarzeniami opisanymi w trylogii Nagasha, potrafił, mimo tego, wypełnić zastany szkielet całej konstrukcji wydarzeń ciekawymi zwrotami akcji i zapadającymi w pamięć bohaterami. Udało mu się również pokazać Neferatę w sposób, dzięki któremu czytelnik może trzymać jej stronę, mimo że jest ona przecież żądną krwi  wampirzycą, mającą na sumieniu dziesiątki tysięcy istnień. Przede wszystkim jest jednak królową, władczynią, monarchinią niemal opętaną żądzą panowania. Panowania w sposób namacalny i widoczny, jak w lochach Srebrnego Szczytu, jak i ten okryty zasłoną tajemnicy, za pomocą oddanych jej koterii pomniejszych wampirzyc, umieszczonych - strategicznie i przewidująco - wszędzie tam, gdzie dzieje się lub będzie się działo coś ważnego. Żądzę władzy podzielają zresztą także inne wampiry, choć chyba każdy spośród nich widzi ją w odmienny sposób. Dla jednych to realne atrybuty - panowanie, tron, korona - dla innych wiedza, zaklęcia i kontrola umarłych. Występujący w książce pierwsi krwiopijcy - Abhorash, Ushoran i W'soran - pokazani są jako całkowicie odmienne postaci, mające własne ambicje i pragnienia. Nie mogę się już doczekać opowieści zwłaszcza o Ushoranie - historia upadku Morkain rzuci w końcu światło na początek Strigoi i Striganych.
Po przeczytaniu książki kilka scen zapadło mi szczególnie w pamięć - powietrzna walka z wodzem orków dosiadającym wyverny, beznadziejna lecz pełna heroizmu walka krasnoludów ze Srebrnego Szczytu, moment śmierci Strezyka, szefa "wywiadu" Ushorana... Już czytając złapałem się na tym, że akcja opowieści wciągnęła mnie na dobre - a to rzadkość w przypadku książek osadzonych w Starym Świecie, zazwyczaj będących raczej marniutkimi czytadłami. "Neferata" podobała mi się bardzo - na tyle, że w moim prywatnym rankingu mieści się w pierwszej dziesiątce powieści ze świata Warhammera - wraz z Malusem Darkbladem, starą trylogią Konrada i paroma innymi historiami.

niedziela, 25 grudnia 2011

Z półki Mormega: Deliverance Lost

Następna recenzja książki Black Library autorstwa mormega, który kontynuuje podróż po swoim ulubionym uniwersum, w którym jest tylko wojna...

Kilka dni temu skończyłem czytać ostatnią książkę z serii Horus Heresy – Deliverance Lost Gava Thorpe’a. Nie oszukujmy się, nie jest to autor, którego nazwisko przyciąga miliony czytelników. Ja również z dużą dozą sceptycyzmu zacząłem czytać jego nową książkę. Zanim jednak opiszę króciutko swoje wrażenia z lektury, nakreślę kilka słów o jej „opakowaniu”. Niewątpliwie okłada z Coraxem, za którą odpowiedzialny jest Neil Roberts, jest jedną z najlepszych, jakie do tej pory zdobiły książki Black Library. Primarch Kruczej Gwardii jest centralną postacią tak okładki jak i całej książki. Przedstawiony w chwili natarcia na Doskonałą Fortecę, uzbrojony w bicz, którego z takim powodzeniem używał na Isstvan V, z ponurem wzrokiem, wpatrzony we wrogów, za chwilę wyląduje pomiędzy nimi by siać śmierć i zniszczenie… Podoba mi się bardzo. Wielkie brawa za atmosferę, niemal słychać ryk silników i czuć pęd powietrza na twarzy.

Na 460 stronach Thorpe snuje historię Legionu, który niemal podzielił los Salamander i Żelaznych Dłoni w czasie masakry na Isstvan. Książka rozpoczyna się króciutkim streszczeniem wydarzeń omówionych w Raven’s Flight i The Face of Treachery, by następnie skoncentrować się na działaniach podejmowanych przez Coraxa w celu odbudowania sił Legionu. Głównym oponentem Coraxa, czego ten nie jest świadomy aż do samego końca,  jest Omegon i jego legioniści, którzy zinfiltrowali Kruczą Gwardię. Legioniści Alphariusa i Omegona zostali przedstawieni zgodnie z charakterem, który tak zapadł mi w pamięć w czasie lektury Legion Dana Abbneta. Zaserwowano nam więc wielowątkową intrygę snutą przez Alphariusa i Omegona, która ma celu całkowite zniszczenie Kruczej Gwardii, zwiększenie potęgi Legionu Alfa, zapewnienie zwycięstwa Horusa nad Imperatorem, co jednak ma być jedynie wstępem do osiągnięcia ostatecznego celu – zniszczenia Chaosu. Omegon napomyka zresztą, że przygotowania do doprowadzenia sił Horusa do podziału na wrogie sobie obozy już się rozpoczęły.

W książce jest kilka bardzo dobrych scen. Najbardziej przypadły mi do gustu dwie. Pierwsza, gdy Alpharius został wezwany przez Horusa, by wytłumaczył się dlaczego umożliwił ucieczkę niedobitkom Kruczej Gwardii. Rozumiejąc, że jego życie jest zagrożone zdradza, że jego legioniści przeniknęli w szeregi wroga i wyjaśnia powody, dla których to uczynili. Horus jest pod wrażeniem wieści ale po wyjściu Alphariusa rozkazuje Abbadonowi, by przeprowadził dokładny przegląd procedur bezpieczeństwa. Tak na wszelki przypadek, gdyby Legion Alfa zinfiltrował nie tylko Kruczą Gwardię. To tyle jeśli chodzi o zaufanie wśród zdrajców.

Druga scena to atak Kruczej Gwardii na mały garnizon Niosących Słowo. To chyba jedna z lepszych scen batalistycznych. Akcja toczy się szybko. Thorpe świetnie oddał atmosferę rajdu na wrogą bazę, gwałtowną walkę, zachowanie weteranów Coraxa i stworzonych przez niego żołnierzy, dla których był to chrzest bojowy.

Autor zamieszcza również kilka scen retrospektywnych, które pozwalają czytelnikowi wejrzeć w „dzieciństwo” Coraxa na Lyceus oraz walkę jaką prowadził w celu wyzwolenia księżyca spod władzy gildii rządzących na Kiavahr. Niestety Thorpe najwyraźniej nie czytał Wiedźmina, nie wpadł więc na świetny pomysł pana Sapkowskiego w jaki sposób w płynny sposób łączyć sceny rozgrywające się aktualnie ze wspomnieniami bohatera. Nasz AS pozostaje w tym względzie niedościgłym mistrzem.

            Teraz parę słów o minusach. Kompletnie, ale to kompletnie nie przekonują mnie powody wskazane przez autora, dzięki którym jeden z bohaterów nabrał przekonania, że jego towarzysze nie są legionistami Coraxa. Zdarzenie, byłoby nie było jedno z najważniejszych w książce, powinno być więc solidnie i logicznie wytłumaczone. Ciekawe czy Was Thorpe przekona? Po drugie, nawet zakładając, że istotnie powody te są zrozumiałe, dlaczego czekał tak długo i nie podzielił się swoimi podejrzeniami z Coraxem? Zwłaszcza w sytuacji, w której przyszłość Kruczej Gwardii wisiała na włosku.

            Akcja książki jest nierówna, świetny początek, który nie ukrywam, zaostrzył mój apetyt i sprawił, że łatwo i chętnie dałem się wciągnąć w lekturę, przeradza się w wolno toczącą się fabułę, która powolutku niesie nas z Terry na Deliverance, by znowu przyspieszyć przed końcem książki. Ten wolniutki, pozbawiony widowiskowych albo przykuwających wyobraźnię scen rytm w sposób znaczący wpłynął na moją ogólną ocenę książki. Śmiało można byłoby wykroić kilkadziesiąt stron bez szkody dla całości.

            Pomimo tych kilku gorzkich słów, być może nazbyt mocnych, nie chciałbym wyrobić w Was przekonania, że książka jest słaba. Na kilkuset stronach trudno jest pewnie utrzymać wartką akcję, zwłaszcza że książka dotyczy specyficznego tematu – badań genetycznych i operacji szpiegowskich. Jest to solidna pozycja, którą miłośnicy serii przeczytają na pewno, zaś przypadkowy czytelnik może się zainteresować światem Warhammera 40K.

środa, 7 grudnia 2011

Z półki Mormega: Storm of Iron

Raz jeszcze Mormeg wkracza w ponury świat wiecznej wojny w 40 millenium. Tym razem na warsztat trafiła książka przedstawiająca jeden z Legionów Chaosu - Iron Warriors... - Inkub

Kilka tygodni temu przeczytałem książkę pod wspomnianym wyżej tytułem, którą popełnił Graham McNeill. Egzemplarz, który posiadam pochodzi z roku 2008 r. choć książka pierwszy raz trafiła na półki księgarń w 2002 r. Jakby nie patrzeć, szmat czasu. Okładka, pędzla Andrei Uderzo, przedstawia Żelaznych Wojowników szturmujących fortecę. Jak wnoszę z lektury jest to ulubiona czynność potomków Perturabo, co jest pewnie uproszczeniem ale ci specjaliści od oblężeń kojarzą mi się nieodwołalnie w ten właśnie sposób - w transzejach, w deszczu ognia lejącym się z murów obleganej twierdzy, wśród huku artylerii, powoli, nieubłaganie prowadzący prace inżynieryjne podporządkowane jednemu celowi – wdarciu się na mury.

W trakcie lektury 400 stron powieści śledzimy losy oblężenia twierdzy na Hydra Cordatus, nieprzyjaznym dla ludzi świecie, którego garnizon - z powodów nieznanych stacjonującym tam gwardzistom - liczy ponad 20 000 tys. ludzi wzmocnionych półlegionem Tytanów z Legio Ignatium. Znajdująca się na planecie forteca staje się celem niespodziewanego ataku ze strony Żelaznych Wojowników. Jednym z dowódców sił agresora jest Honsou, który pojawi się również w późniejszych powieściach autora, kreślących losy Uriela Ventrisa, kapitana Ultramarines. W omawianej pozycji poznajemy losy Honsou tuż przed objęciem przywództwa nad oddziałem Żelaznych Wojowników.

W książce jest właściwie wszystko, począwszy od pojedynków toczonych przez Tytany, szarżę oddziałów pancernych na umocnienia sił Chaosu, poprzez opisy starć z udziałem Wojowników i ich odwiecznych przeciwników, Marines z Zakonu Imperialnych Pięści. Wszystkie te elementy tworzą jednak jedynie tło większego obrazu wojny toczonej na wielką skalę – oblężenia, falowych szturmów, walk w wyłomach, na murach i w podkopach drążonych przez oblegających. Akcja powieści toczy się wartko, obfituje w niespodziewane zwroty akcji - już, już wydaje się, że jedna ze stron konfliktu zdobywa przewagę zapewniającą jej zwycięstwo, a jednak, w wyniku działań przeciwników, jest to wyłącznie preludium do zintensyfikowania działań i - w efekcie - złożenia większej daniny krwi na ołtarzu wojny.

Przyznam się tylko, że choć w zamyśle autora leżało zapewne przybliżenie czytelnikom sposobu prowadzenia działań wojennych przez Legion Perturabo – pogardliwie określanego mianem Inżyniera – to moja sympatia całkowicie była po stronie obleganych. Być może jest to efekt wszystkich przeciwności, które McNeill wymyślił, aby utrudnić życie komendanta twierdzy i pełniących w niej służbę gwardzistów, a może jest to wynik tego, że instynktownie sympatyzujemy ze słabszą stroną konfliktu. Możliwe, że wpływ na moje preferencje miała również okoliczność, iż po stronie Żelaznych Wojowników, wśród bohaterów, a może raczej antybohaterów, trudno znaleźć postać, z którą mimo całego bagażu negatywnych emocji można sympatyzować. Brakuje im ewidentnie tego „czegoś”, co ma w sobie np. Malus – łajdak i okrutnik, któremu jednak kibicowałem w jego mrocznych występkach albo chociażby, pozostając w uniwersum WH40K, Marduk z Legionu Niosących Słowo.

Niezależnie jednak od sympatii czytelnika, powieść czyta się szybko. Sceny batalistyczne są - jak zwykle u McNeilla - bardzo dobrze poprowadzone, pojedynki głównych postaci trzymają w napięciu do samego, najczęściej krwawego, końca. Oprócz Honsou, żaden z głównych „aktorów” nie może być pewny, że ujrzy nowy dzień. Gdybym nie wiedział, że Honsou występuje również na kartach innych powieści i opowiadań autora, nie postawiłbym złamanego grosza, że przeżyje oblężenie. Zresztą nie wychodzi z niego bez szwanku. Nie jestem jednak pewien, czy w świetle późniejszych wydarzeń, uważa że doznane obrażenia okazały się dla niego dotkliwe.

Storm of Iron to też jedna z niewielu książek, w których zawarte są szczegółowe opisy walk Tytanów. Na myśl przychodzi mi jeszcze jedynie Mechanicum tego samego autora i - oczywiście - Titanicus Dana Abnetta. Po tą ostatnią sięgnąłem pod wpływem lektury Storm of Iron, Efekt tej ostatniej lektury nie pozostał tak niewinny jak ma to miejsce zazwyczaj w moim przypadku, bowiem z Albionu nadciągają już Tytany, które kiedyś pewnie zawitają na blogu Inkuba.

Kończąc, śmiało polecam powieść do przeczytania miłośnikom WH40K. Jest to interesująca pozycja nie tylko dla speców od łopat, zbierających armie Żelaznych Wojowników, lecz również dla każdego czytelnika chcącego na kilka godzin wczuć się w los obleganych, naprzeciw których stanęli najsłynniejsi eksperci sztuki oblężniczej mrocznych czasów 40 millenium.
Mormeg

poniedziałek, 14 listopada 2011

Z półki Mormega: Nagash Immortal


Kolejna recenzja książki osadzonej w realiach światów Games Workshop, autorstwa mojego brata Mormega. Tym razem przenosimy się z pustych otchłani przestrzeni kosmicznej realiów WH40K do ponurego Starego Świata, pełnego niebezpiecznych przygód... - Inkub



Wczoraj w nocy skończyłem czytać ostatnią część trylogii Rise of Nagash Nagash Immortal – wydaną w ramach serii Time of Legends. Autorem trylogii jest Mike Lee, odpowiedzialny także za opublikowany w ramach Horus Heresy drugi tom o Dark Angels – Fallen Angels  - zresztą jednej z lepszych pozycji w całej serii HH – a wraz z Danem Abbnetem niesamowitych książek opisujących losy Malusa Darkblade’a, bodajże najlepszych ze „stajni” Black Library, jakie dane mi było czytać. Bez wątpienia trylogia o Wielkim Nekromancie jest najlepszą w ramach Time of Legends. Do dzisiaj zastanawiam się, jak Graham MacNeill zdobył w 2010 r. David Gemmell Legend Award za najlepszą powieść fantasy. Bardzo lubię czytać MacNeilla, nawet jeżeli pisze o Ultramarines, ale trylogia o Sigmarze w porównaniu do trylogii o Nagashu jest - najzwyczajniej - słaba. Jedyne wytłumaczenie jakie przychodzi mi do głowy jest takie, że - po prostu - Nagash the Unbroken nie został zgłoszony. Wracając jednak do serii o Nagashu króciutko tylko wspomnę, że opisuje ona losy Nekromanty na przestrzeni około 800 lat. Od pełnych niepowodzeń prób zgłębienia tajników magii pod kierunkiem więzionych Druchii, aż do wielkiej bitwy pod murami Mahrak (Nagash the Sorcerer).  Drugi tom (Nagash the Unbroken) kończy się podbiciem przez Nagasha plemion ludzi zamieszkujących okolice jego twierdzy wzniesionej na dalekiej północy (dalekiej przynajmniej od Nehekhary;)), trzeci zaś, który miałem właśnie przyjemność skończyć, opisuje koniec panowania ludzi w Nehekharze i przebudzenie, na rozkaz Nagasha, umarłych Królów. Historia Nehekhary jest wszystkim fanom Warhammera zapewne dobrze znana, nie zdradzę więc żadnej tajemnicy, że Nagash Immortal koncentruje się na walce Alcadizzara - ostatniego i jednocześnie największego króla Nehekhary - najpierw z wampirzymi władcami Lahmi, a później z siłami samego Nagasha.

Walce tej poświęcone jest niemal 600 stron książki, na których zostały opisane najważniejsze wydarzenia około 200 lat, które ostatecznie zakończyły panowanie żywych nad Nehekharą. Autor dzieli książkę niemal równo na zmagania skavenów z Nagashem pod Nagashizzar – wspomnianą już wyżej twierdzą - a wydarzeniami, które doprowadziły do zniszczenia Lahmi i objęcia tronu Khemri przez Alcadizzara. Końcówka książki, około 100 stron, poświęcona jest już wyłącznie starciu głównych oponentów. Czytało mi się ją bardzo szybko, jest napisana lekko, świetnie kreśli postaci i motywy jakimi się kierują. Sceny batalistyczne choć nie robią takiego wrażenia jak w poprzednich częściach wciąż stoją na wysokim poziomie.

Pisałem do tej pory same superlatywy o książce. Niestety nie zmienia to faktu, że pomimo wszystkich tych ciepłych słów, jest to najsłabsza część serii. Najsłabsza nie znaczy jednak, że nie jest dobra. Po prostu, poziom dwóch pierwszych był bardzo wysoki. Ostatnia też jest dobra ale na tle pierwszej i drugiej części nie wywiera takiego wrażenia, jakie wywarłaby gdyby była odrębną książką. Z całą pewnością należy ją przeczytać bo to dobra rozrywka, zaznaczam też, że odrobinę niebezpieczna. Znowu bowiem zacząłem przeglądać figurki jakie mam do armii Tomb Kings i rozważać jak dużo pieniędzy musiałbym wyłożyć, żeby zetrzeć legiony Nagasha, które Inkub powoli przygotowuje do ataku.

Wracając do książki i kilku wad, które moim zdaniem odrobinę obniżają ogólną ocenę zacznę od tego, że bardzo sobie ceniłem świetny klimat książek o Nehekharze. Czytając je czułem gorąco pustyni, drżałem ze strachu przed armiami Nagasha, o dziwo troszkę też sympatyzowałem z tym „sympatycznym” typem Arkhanem Czarnym. Podziwiałem rękę i wyobraźnię autora, który z takim rozmachem i tak przekonywująco nakreślił wierzenia Nehekharan, wyjaśnił również kilka szczegółów jak choćby długość życia ludzi (w czasach, kiedy urodził się Nagash mężczyzna był uważany za dojrzałego, gdy osiągał wiek 80 lat), czy powody które stały za zbudowaniem Czarnej Piramidy. Tymczasem jakby troszkę, zwłaszcza o tym ostatnim, Lee zapomniał. Cóż bowiem się okazało - Alcadizzar założył szkoły magii. Nie bardzo jednak wiadomo jak i od kogo mieliby się Nehekharanie nauczyć nią władać. W czasach Alcadizzara prymitywne plemiona barbarzyńców nie znały przecież prawdziwej magii, której nauczyć ludzi miał dopiero Teclis kilka tysięcy lat po wydarzeniach opisanych w książce, kontakt z krasnoludami zaś nawiązano zaledwie na kilkanaście lat przed zniszczeniem Królestwa. Zresztą nie bardzo też mogę sobie przypomnieć choćby jednego czarodzieja krasno ludzkiego;) Potencjalnie magii ludzie mogliby się nauczyć od Lizardmenów, z którymi od setek lat toczyli zażarte wojny ale autor wiąże założenie szkół magii z ekspansją Nehekhary na północ. Ten pomysł również zatem odrzucam. Nawet jednak jeżeli przejdziemy do porządku dziennego nad tym aspektem, to przecież Nagash zbudował Czarną Piramidę po to, żeby ogniskowała w sobie słabe wiatry magii, ledwie wyczuwalne tak daleko na południe od Pustkowi Chaosu, stąd przecież jako źródło magii Nagash zaczął wykorzystywać siły witalne ludzi. Autor pozostawia tę zagadkę bez racjonalnego wytłumaczenia.

Kolejna sprawa to skaveny. Nie zrozumcie mnie źle, są fajnie oddane, wraz z całą polityką, zabójstwami, truciznami, machlojkami na większą i mniejszą skalę ale… Ale są odrobinkę zbyt uczłowieczone jak na mój gust. Wychowałem się niejako na Thanquolu i nawet niewielkie odstępstwa od kanonu są dla mnie trudne do przełknięcia. Wystarczy więc jeśli powiem, że Lee nie kreśli skavenów według ustalonych wzorców rodem z przygód Gotreka i Felixa. Największą jednak wątpliwość wzbudza długość życia bohaterów skavenów wynosząca co najmniej 200 lat. Troszkę trudno mi jakoś to przełknąć, nawet jeżeli byli oni magicznie utrzymywani przy życiu. Magia skavenów jest oparta na spaczeniu i z biegiem lat nagromadziłoby się w nich po prostu zbyt dużo zielonego proszku. Tym bardziej, że mieli z nim stały kontakt prowadząc najpierw wojnę z Nagashem, a potem nadzorując układ handlowy, jaki skaveny z nim zawarły. Pewną niespodzianką był również fakt, że stosownie do wersji opisanej przez Lee szczuroludzie nigdy nie zdobyli Nagashizzaru. Moja znajomość świata warhammera może nieco kuleć ale stawiam brylanty przeciw orzechom, że tak jednak było – tzn. że twierdzę zdobyły, dopiero zaś po pewnym czasie Nagash ją odzyskał. (Sprawdziłem właśnie ostatni podręcznik do armii Skavenów i faktycznie wszystko jest opisane tak jak podał to Lee, głowę jednak dałbym sobie uciąć, że we wcześniejszych edycjach było tak jak napisałem wyżej). (A ja zerknąłem do najwcześniejszego podręcznika Undeadów i wersja stamtąd zgodna jest z tekstem książki - Inkub)

Ogólnie są to jednak drobne rysy na gładkiej, lśniącej, czarnej powierzchni piramidy, którą wzniósł Mike Lee i z czystym sumieniem polecam całą trylogię. Tego jednak, że tak małą rolę odgrywa w ostatniej części Arkhan nie mogę darować…
Mormeg

poniedziałek, 17 października 2011

Z półki Mormega: Garro: Oath of Moment

Niedawno otrzymałem paczuszkę z miłą sercu zawartością kilku produktów Black Library – kilka książek i drama books. Książki to raczej nowości, zaś płyty, jak np. Garro – Oath of Moment pióra Jamesa Swallowa, są raczej uzupełnieniem mojej biblioteczki.

Podobnie jak wcześniej omawiany Throne of Lies, ten krążek także zawiera 13 rozdziałów. Łączny czas nagrania to nieco ponad 70 minut, w trakcie których poznajemy dalsze losy kapitana Nathaniela Garro, z Legionu Gwardii Śmierci - jednego z największych bohaterów mrocznych czasów Herezji Horusa. Garro w czasie zdradzieckich działań Horusa na Isstvan III dowodził fregatą „Eisenstein”, na której wraz z garstką lojalistów udało mu się wymknąć okrętom Horusa, wypłynąć na wzburzone fale Morza Dusz, by wieść o zdradzie Horusa dotarła do Imperatora. Historię tego niezwykłego wyczynu opisuje James Swallow w The Flight of the Eisenstein. Książka kończy się w momencie, gdy Garro po wielu dramatycznych przygodach dociera na Lunę, gdzie traktowany jest bardzo podejrzliwie przez tych, których śpieszył ostrzec. Swój przymusowy pobyt na Lunie postrzega niczym więzienie. Zdradzony przez swojego Prymarcha Mortariona, pozbawiony poczucia braterstwa oferowanego przez Legion i ograbiony przez zdradę Legionu z sensu istnienia, oczekuje na przydział nowego zadania przez Regenta Terry.

Krążek opisuje dalsze losy Garro, któremu w końcu Regent wyznacza zadanie. Otóż Nathaniel ma wyruszyć w niebezpiecznej misji polegającej na odszukaniu spośród wszystkich Legionów, zarówno lojalnych wobec Imperatora jak i tych, które opowiedziały się za Horusem, Astartes wybranych przez samego Malcadora. Na pytanie, po co ma ich odszukać Regent odpowiada krótko – dla przyszłości.

Pierwszym, którego Garro ma zwerbować jest pewien Ultramarine, który, o zgrozo, zaczyna tracić wiarę w nieomylność Imperatora. Akcja krążka rozgrywa się na Calth, w czasie walk pomiędzy Ultramarines i Word Bearers. Nasz bohater niczym anioł zemsty, na skrzydłach ognia, ląduje w samym środku wojny i wyrusza na poszukiwania swojego celu.

Dużym plusem płyty jest oprawa dźwiękowa. Wszystkie odgłosy wojny są wiernie oddane. Słychać strzały, krzyki, nawet kroki bezcześciciela (defiler). Garro w czasie swojej wyprawy walczy z demonami i kultystami. Sami Word Bearers pojawiają się dopiero przy końcu płyty. O dziwo, rzecz która mi szczególnie przypadła do gustu to świetna, bardzo klimatyczna muzyka tu i ówdzie pojawiająca się na płycie.

Wspominałem już, że Malcador zlecił Garro misję dla przyszłości. Jaka to przyszłość możemy się domyśleć – barwa zbroi Nathaniela jest szara niczym jakiegoś ducha i pozbawiona wszelkich znaków, i zdobień poza literą „I”, osobistym znakiem Regenta. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują zatem, że oto śledzimy bóle porodowe towarzyszące narodzinom Szarych Rycerzy.

Ogólnie rzecz biorąc płyta zawiera nagranie, które w atrakcyjny sposób porusza ciekawy temat. Jest to materiał na świetny produkt – ciekawe postaci (poza samym Garro, nieźle opisana jest też wewnętrzna walka jaką toczy ze sobą targany wątpliwościami Ultramarine), miejsce akcji – Calth – w chwili najazdu Word Bearers, wszystko to sprzyjało powstaniu dobrej, wartko poprowadzonej akcji. Czy autorowi to się udało? Na pewno nie żałuję wydanych pieniędzy. Płyta nie jest co prawda tak dobra jak przywołany już wyżej Throne ale wciąż jest to solidny kawał pracy. Mnie zaciekawił na tyle, że natychmiast po odsłuchaniu sięgnąłem po kolejną płytę z przygodami kapitana Garro, o której napiszę następnym razem.
Mormeg

niedziela, 25 września 2011

Z półki Mormega: Throne of Lies

Kolejny odcinek cyklu recenzji książek ze światów Games Workshop pióra mojego brata Mormega. Wielbiciel Władców Nocy ale usprawiedliwia się, jakby był sługą Imperatora, a i to jakimś pośledniejszym...;)


Dzisiaj troszkę z innej bajki niż zwykle. Miałem napisać kilka słów o Flesh and Iron ale z uwagi na napięte terminy w pracy i w domu, książki jeszcze nie skończyłem. Mając również dość coraz ostrzejszych w tonie ponagleń ze strony Inkuba (o przepraszam, ton się wcale nie zmieniał - ja mam taki głos naturalnie - Inkub), wziąłem dziś na warsztat wydany w 2010 r. przez Black Library audio book – Throne of Lies autorstwa Aarona Dembskiego-Bowdena. Zmęczonych książkami i postaciami związanymi z Władcami Nocy upraszam grzecznie o cierpliwość, książek o tym Legionie zostało napisanych mało, więc pocieszenie można znaleźć w tym, że w przyszłości będę zmuszony pisać recenzje pozycji dotyczących innych Legionów.

Krążek zawiera 13 rozdziałów. Łączny czas nagrania to niemal 73 minuty. Istotna jest informacja, że zawartość audio booka to nie wyłącznie tekst utworu odczytany przez aktora. Płyta zawiera nagranie, które można zdecydowanie określić jako słuchowisko, co znakomicie wpływa na wrażenia doznawane podczas odsłuchiwania utworu. Bez względu bowiem na umiejętności aktora, czym innym jest przeczytanie tekstu opisującego skrzypiące podczas otwierania drzwi, czym innym zaś odsłuchanie dźwięku towarzyszącego otwieraniu, starych, skorodowanych drzwi. Skoro była mowa o aktorach należy napisać dla porządku, że utwór jest odczytywany przez dwóch - partie męskie i narratora odczytuje John Banks, partie kobiece Beth Chalmers, aktorzy bliżej mi nieznani ale, po pierwsze,  wynagrodzenie Ala Pacino byłoby pewnie nieco wyższe niż wspomnianych powyżej, po drugie zaś rzadko chadzam do kina lub ślęczę przed szklanym ekranem - zresztą przyznać trzeba uczciwie, że kiedy moja mała córeczka wreszcie uda się na zasłużony odpoczynek po całym dniu ciężkiej pracy polegającej na, jak malowniczo to określa, robieniu Sajgonu z mieszkania i otoczenia, na ekranie telewizora goszczą jakieś tasiemce w rodzaju Barw szczęścia, zaś w niedzielę Taniec z gwiazdami. Jak mawiali jednak już starożytni, nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło – dla mnie wtedy rozpoczyna się, czas który mogę poświęcić hobby, chociaż Inkub zdaje się mojej skomplikowanej sytuacji domowej nie rozumieć…(Mówiłem, że marudzi, prawda? - Inkub).
Parę słów o samej fabule. Akcja rozgrywa się pomiędzy wydarzeniami opisanymi w Soulhunterze, a tymi, które poznajemy w  Blood Reaver. Z treści wynika, że Talos w czasie jednego z napadów swojej przypadłości ujrzał zabójczynię ze Świątyni Callidusa, która wie o czymś, co jest niezwykle istotne dla Legionu. Ponieważ na stronie Black Library można odsłuchać fragment jej przesłuchania na pokładzie Covenant of Blood, nie zdradzę tajemnicy pisząc, że chodzi o pewien zapis hololityczny. W rezultacie Astartes zastawiają na zabójczynię pułapkę, a po jej schwytaniu, poddają ją delikatnej perswazji. Koniec końców Callidus ujawnia Talosowi położenie Świątyni, w której znajdować się ma tak bardzo interesujący Władców Nocy zapis. Po wydobyciu z Callidusa informacji Wywyższony (Exalted One) zwołuje Legion, który przeprowadza atak na Świątynię.

ADM jak zwykle udało się oddać świetnie mroczny charakter Legionu, tak interesującego dla mnie, jak i zapewne wielu czytelników. Krążek zawiera wiele smaczków, które doskonale oddają atmosferę uniwersum Warhammera 40000. Zwłaszcza barwnie opisane jest starcie Władców z imperialnym krążownikiem na orbicie Uriah III. Pierwszy raz odsłuchując płytę wydawało mi się, że musiałem coś przeoczyć, kiedy narrator  czytał, że było ono nie warte odnotowania w annałach chwały Legionu. Później zrozumiałem, że istotnie zamysł autora był dokładnie taki. Starcie, tak malowniczo opisane, z punktu widzenia Legionu musiało być nic nie znaczącym epizodem.

Nawet teraz, odsłuchując krążek, nieodmiennie przechodzą mnie ciarki, kiedy Septimus wyjaśnia Octavi co Talos robi na planecie, zresztą ich dialog zdecydowanie wyróżnia się na tle innych, a dla osób zafascynowanych Władcami będzie interesujący z uwagi na opis stosunków panujących na okręcie Legionu. Nie wiem dlaczego ale końcówce tej sceny i muzyce otwierającej następną, towarzyszą podobne wrażenia, włoski podnoszą się na karku, jakich doświadczałem wiele, wiele lat temu, trzymając w rękach, oprawianą w czerwone płótno, księgę i czytałem wiersz rozpoczynający Władcę Pierścieni Mistrza Tolkiena. Pamiętacie ten fragment? W oryginale, tzn. w Czarnej Mowie, brzmi najlepiej:

„Ash nazg durbatulûk, ash nazg gimbatul,
 ash nazg thrakatulûk agh burzum-ishi krimpatul.”.

Można by pewnie tak wymieniać poszczególne sceny z Tronu, gdyż każda z nich niesie w sobie bogactwo informacji dla fanów Warhammera 40K, dość jednak napisać, że słuchając książki po raz „n-ty”, mogę z pełną odpowiedzialnością napisać, że nie nudzi się. Rzadko mi się zdarza, zwłaszcza ostatnimi czasy, taka ocena, ale nie żałuję ani grosika, który wydałem na tę płytę.

Pisałem już, że krążek jest słuchowiskiem. Zaiste, w świecie Warhammera 40K jest tylko wojna. Tu tę wojnę można usłyszeć. Dodam więc, że płyta jest pełna odgłosów bolterów, dział i innych narzędzi wymyślonych przez człowieka, a towarzyszącym Astartes w tym by szybciej i skuteczniej kończyć życie innych istot. Oprawa dźwiękowa jest bez zarzutu. Słychać, jak pisałem wyżej, strzały i odgłosy towarzyszące miażdżeniu ciała. Oczywiście, można zadać sobie pytanie, po co w słuchowisku pojawiają się odgłosy mające imitować salwy okrętów wojennych walczących przecież w próżni, ale jest to chyba „grzech pierworodny” zapożyczony z filmów science fiction, począwszy od Gwiezdnych Wojen. Zresztą filmy lub słuchowiska takie jak Tron pewnie dużo by straciły, gdyby tych odgłosów nie było. Mimo że jest to więc jakieś uchybienie, mieści się w kanonie. Mi nie przeszkadza i zaręczam, że szczęśliwcom, którzy mają krążek, również nie będzie przeszkadzać.

Była mowa o salwach okrętów, plujących ogniem bolterach ale równie wielkie wrażenie robi wicher wiejący na Uriah III, czy kapiąca woda w celi Zabójczyni. Najlepiej chyba atmosferę krążka oddaje tytuł powieści Alistaira MacLeana, który popełnił książkę, której tytuł w oryginale brzmiał, jeśli mnie pamięć nie myli, Fear is the key. Zostawiam Was, Drodzy Czytelnicy, z prośbą abyście spróbowali wsłuchać się zwłaszcza w ten ostatni odgłos, zamknijcie oczy i wyobraźcie sobie: odgłos kropel wody, przeciekającej z jakiejś skorodowanej rury i rozbijających się na podłodze celi, przejmujące zimno, ból, brak możliwości jakiegokolwiek ruchu, i milutki głos Talosa proszący o podanie współrzędnych Świątyni. Ciarki przechodzą po plecach.

wtorek, 30 sierpnia 2011

Z półki Mormega: Emperor's Mercy


Skończyłem dzisiaj czytać Emperor’s Mercy Henry'ego Zou. Na okładce widnieje bohater - inkwizytor Obodiah Roth, członek Ordo Hereticus - pędzla Raymonda Swanlanda. Łatwo zatem domyśleć się, że na kartach powieści śledzimy losy naszego bohatera, który ratuje Imperium przed zagrożeniem, jakie niesie ze sobą Chaos. Rzeczywiście, na 404 stronach tekstu Autor umożliwia czytelnikowi zapoznanie się z życiem codziennym członków Inkwizycji. Niewątpliwie jest to książka barwna. W sugestywny sposób przedstawia wojenną rzeczywistość świata Warhammera 40K. Wojny w powieści nie zabraknie, Autor rysuje bowiem bardzo przekonujący obraz wojny totalnej, daleki od działań wojennych do których przyzwyczaili mnie Space Marines. Wojna według pana Zou nie ma wiele wspólnego z rycerskimi czynami na polu chwały. Wojna to brud, strach, choroby, to ranni gwardziści wysyłani na wysunięte posterunki obserwacyjne, bo - zgodnie z logiką wojny - pozostawienie ich w oddziałach zmniejszyłoby ogólną efektywność jednostek. Wojna zawitała bowiem do zakątka Imperium nie przygotowanego na działania wojenne na tak wielką skalę. Chaos w niewyobrażalnej masie zaatakował pozbawione jakiegokolwiek znaczenia strategicznego planety Korytarza Mediny. Gwardia Imperialna jest znacznie słabsza od agresora i ponosi klęskę za klęską. Miliony zginęły. Dowództwo jest przekonane, że światy Korytarza są stracone, jedynym rozsądnym wyjściem wydaje się wycofanie resztek sił. Jedynie zwierzchnik Rotha uważa, że Chaos chce zawładnąć mitycznymi Dawnymi Królami Mediny – reliktami ukrytymi na którejś z planet Korytarza przez którąś ze starszych ras. Owe relikty są prawdopodobnie potężną bronią. 

Nasz bohater zostaje zatem zawezwany i wysłany z misją odszukania Królów. Od tego momentu rozpoczyna się typowa powieść szpiegowska – odszukaj kontakt, zdobądź informacje, uniknij pułapki zastawionej przez wroga, który może czaić się dosłownie w każdym zrujnowanym domu. Pikanterii dodaje fakt, że Roth niemal od początku podejrzewa, że wśród członków jego Grupy Operacyjnej znajduje się podwójny agent, pracujący dla kogoś kto ewidentnie chciałby zatańczyć na jego grobie. Akcja powieści, a właściwie główny wątek, rozwija się stosunkowo powoli, by w końcówce, przynajmniej  mnie, „przykuć do fotela”, acz wówczas jest to już książka zdecydowanie wojenna.

Z notki biograficznej autora wynika, że jest żołnierzem. Czuć to. Nawet nie chodzi o drobiazgi, gwardziści czekają na zgodę dowództwa na otwarcie ognia w sferze cywilnej (czy Space Marines zastanawialiby się nad taką drobnostką?), ale o sposób opisywania działań wojennych i ich skutków. To pierwsza książka ze świata WH40K, która mocniej dotyka tematu cywilów. W innych książkach spotkałem się jedynie z kilkuzdaniowymi wzmiankami o cywilach w sferze działań bojowych. Tym razem Autor zaserwował kilka realistycznych opisów, które, w mojej ocenie, świetnie oddają traumę wojny. Niektóre fragmenty książki, jak choćby opisujący rodziców proszących o pomoc w wyciągnięciu spod gruzów ich synka przypominają wręcz notki prasowe. Miękki jestem, coś się we mnie poruszyło (nie, nie tasiemiec), kiedy to czytałem i jak ta historia się zakończyła.

Ze względu na przytłaczającą przewagę wroga atmosfera książki jest ciężka, bohaterom towarzyszy niemal ciągle uczucie beznadziejności. Nawet niewielkie zwycięstwa jedynie odwlekają nieuniknione. Wojna została przedstawiona inaczej niż w dotychczasowych publikacjach Black Library. Bardziej przypomina książki opisujące zmagania w Stalingradzie czy na Guadalcanal. Można chyba powiedzieć, że utrzymana jest w klimacie, który znajduję bliski wspomnieniom z lat 1944 i 1945 żołnierza Wehrmachtu służącego na froncie wschodnim. Jednym słowem nad wojną w Emperor’s Mercy ciąży przeświadczenie zbliżającej się nieuchronnie klęski, walczy się nie tylko z przeciwnikiem mającym wielokrotną przewagę liczebną i technologiczną, lecz także z brakami zaopatrzenia. Wojna to krew, pot i łzy, to chłopaki z Gwardii wołający o sanitariusza, to urwane kończyny, błoto, to okopy wypełnione breją składającą się w równych częściach z wody, krwi i rzygowin, to także przynajmniej częściowo niekompetentne wyższe dowództwo. Jak to powiedział Roth „Wojny przegrywają oficerowie, a nie żołnierze” i coś w tym powiedzeniu chyba jest. Wojna w Emperor’s Mercy jest okrutna, pozbawiona otoczki romantycznej przygody. Nie chcę nikogo wprowadzić w błąd - to nie jest książka o Gwardii Imperialnej, nie opisuje szlaku bojowego jednostki - ale z pewnością jest to książka zdominowana przez Wojnę i to Wojnę na wielką skalę, choć znajdziemy w niej również opisy działań partyzanckich, czy w skali plutonu.

Podsumowując, książka wyróżnia się pozytywnie na tle innych, które ostatnio czytałem. Z przyjemnością przeczytałbym dalsze losy inkwizytora Rotha, a zwłaszcza jednego z jego przyjaciół, którego Autor naprawdę ciężko doświadczył. Książka kończy się w taki sposób, że nic tylko chwycić za pióro, czy co tam akurat jest pod ręką i pisać. Niestety, ostatnia karta ma w tym zakresie wydźwięk raczej pesymistyczny. Pocieszające jest jedynie to, że trzymam już w ręku kolejne dzieło Henry Zou, Flesh and Iron, o którym postaram się napisać następnym razem.
Mormeg