środa, 25 marca 2015

Drugi ochroniarz i cała grupa dowodzenia US Marines | Second bodyguard and full command team of US Marines

Drugi z marines chroniących dowódcę moich oddziałów melduje się gotów do akcji. Trzeci żołnierz zespołu nie wchodzi bezpośrednio w interakcję z dowódcą i kolegą, czujnie tylko pilnuje ich boków, z bagnetem na broni.
Zauważyłem, że wspólne podstawki, taka jak ta na której stoi cały zespół dowodzenia, mają jednak niewielką wadę - wystarczyło kilkukrotne wyjęcie i ponowne włożenie całej gromadki w przeznaczone dla nich otwory, a malowanie brzegów podstawek powycierało się, w niektórych miejscach dość mocno. Muszę to jakoś skuteczniej zabezpieczyć.

Second of marines protecting commander of my US Marines forces is ready for action. Third member of the team is not directly interacting with commander or his teammate, he just stays vigilent, with a bayonet fixed and ready to impale any enemy daring to assault his position.
I noticed one thing about such sabot bases, as the one with my command team. Unfortunately, all it takes to wear off the paint on the edge of the base is to take out miniatures few times out of the base. I have to make it more durable...  








poniedziałek, 23 marca 2015

Osłona dowódcy marines, żołnierz nr 1 | Marines commander's team - soldier no 1

Parę ostatnich dni spędziłem walcząc z Nurglem, walka wciąż trwa, jednak na blogu taki zastój, że coś wypadałoby pokazać. Padło na pierwszego z dwóch towarzyszy dowódcy moich marines. Wyciąga rękę po mapnik trzymany przez dowódcę, stąd taka, może nie najbardziej bojowa, poza. 

I spent last few days fightning with Nurgle, and the battle still rages on. Still, blog was updated so many days ago, that I wanted to post something. So, here it is, first of the two soldiers, part of the command team. This one is extending his hand for a commander's map case... I agree, not very 'combat-like' pose...









środa, 18 marca 2015

Dowódca moich marines | Commander of my US Marines force

Nie ma oddziału bez dowódcy. Ktoś musi przyjąć odpowiedzialność za wykonanie zadania i powierzonych mu ludzi. Pomalowałem, w końcu, zespół dowodzenia dla swoich żołnierzy piechoty morskiej. W mojej rozpisce to doświadczony weteran, podporucznik i towarzyszący mu dwaj żołnierze. Miniaturka pokazana dziś to sam dowódca, jego zespół pojawi się na blogu w kolejnych wpisach.


Być może twarz tego żołnierza jest Wam znajoma - tak, tak, to bohater wpisu, w którym pokazywałem malowanie głów w skali 28 mm. Pozwoliłem sobie tutaj na pewną dowolność w dobraniu mu nakrycia głowy. Furażerka, którą widać, była nakryciem głowy typowo garnizonowym, nie mogę sobie przypomnieć ani jednego zdjęcia, na którym widać byłoby jakiegoś lederneka noszącego ją w warunkach bojowych. Mimo to zdecydowałem się użyć tej głowy z zestawu Warlorda, jednocześnie trocząc do pasa hełm. Ot, jankeska niefrasobliwość;)

Pewne zdziwienie może też budzić poza, w jakiej skleiłem dowódcę i trzymany przez niego mapnik. Całość zespołu wstawiłem w podstawkę sceniczną, na której żołnierze tworzą pewną scenkę...


No military unit is complete without its commander. Someone must take responsibility for getting job done and for soldiers. So, I finally decided to paint commander for my growing US Marines force. In my army list, command team consists of veteran second lieutenant and two further veteran soldiers. Miniature visible next to this note is obviously commander itself, his comrades in arms will be shown in further entries.

You may recognise face of this particular miniatures. Yep, that's the one I used in my 'Painting 28mm scale face' tutorial. I deliberately used the weakest head from the whole boxed set. Weakest as per 'usability', not 'worst sculpt'. The thing is, side cap. or overseas cap, as it was known in the Corps, visible here was worn where wearing service uniforms. Not really suitable for combat overalls depicted on miniatures. To bo honest, I can't even remember a single real-life photo, showing side caps being worn in combat. Despite this I decided to use this particular head - but my commander still wears his combat helmet (suspended on the belt). You can call it Yankee insouciance;)

Pose itself seems a bit strange too - especially map case in the hand of the commander. Here the answer is simple - all three miniatures from the command team will share common, bigger base, and poses of miniatures work together (or, at least, it was my goal).






wtorek, 17 marca 2015

Epic 30K odsłona 21: stare contemptory World Eaters | Epic 30K part 21 - old World Eaters' contemptors

Dziś Mormeg pokazuje pomalowaną część swoich plastikowych dreadnoughtów klasy Contemptor. Modele te pojawiły się w ramach zestawu "Epic Stompers", wydanego jako dodatek do drugiej edycji gry "Space Marine". Trochę różnią się od obecnej wersji w skali 28 mm, wydanej przez Forge World, ale nie na tyle, by miało to większe znaczenie. Osobiście modele te mi się podobają, a efekt ten wzmacnia dodatkowo fajne malowanie mojego brata.

Mormeg shares with us painted part of his painted old plastic dreadnoughts Contemptor class. Models were released as a part of "Epic Stompers" boxed set, expansion for 2nd edition of "Space Marine" game. They look a little bit different then current 28mm scale version released by Forge World, but differences are minor in this scale. Personally, I like them as they are, and painting by Mormeg only improves them.








poniedziałek, 16 marca 2015

Z półki Mormega: Deathblade: A tale of Malus Darkblade

Jestem wściekły. Nie, wróć. Wściekły to słabe, zbyt mało emocjonalne słowo na określenie mojego stanu ducha. Jestem wkurwiony.. O, właśnie tak. Wkurwiony. Malus Darkblade, najbardziej znany mroczny elf uniwersum Warhammera, bohater doskonałych pięciu książek i powieści graficznej powrócił. Ktoś mógłby zapytać - Hola, hola, o co się wściekać, to chyba powód do radości? Otóż, krótko mówiąc, nie. Malus Darkblade powraca, ale to nie jest TEN Malus. Pierwsze pięć powieści o jego wyczynach wyszło spod piór autorów Dana Abnetta i Mike'a Lee. Ostatni tom sagi, o którym traktuje ten wpis, napisał C.L. Werner. Samo w sobie to nic złego, mam właśnie kupę radochy czytając omnibus tegoż autora, dotyczący przygód łowcy nagród Brunnera (recenzja wkrótce). Problem pojawia się, kiedy Werner włazi w buty swoich szanownych poprzedników, a włazi ciągle...

Zacznijmy, jednak, od początku. Szósty tom przygód Malusa nosi tytuł "Deathblade", ukazał się równocześnie z podręcznikiem "Warhammer The End Times: Khaine" i z powieścią "The curse of Khaine". Jest z nimi powiązany fabularnie - opowiada o wydarzeniach przedstawionych w tych dwóch wydawnictwach z punktu widzenia Malusa. Skrótowo, Malekith podejmuje decyzję o zniszczeniu Naggaroth i podjęciu ostatniej próby odzyskania swojego dziedzictwa, innymi słowy po raz kolejny najeżdża Ulthuan. Tym razem dysponuje jednak atutami także innymi, niż jego zwyczajowa zawziętość, okrucieństwo i żądza powrotu. Teclis, uprzedzony przez boginię Lileath o nadchodzącym końcu świata, zaczyna snuć skomplikowaną intrygę, w której stawką jest ocalenie elfów i - być może - choć części świata. Intryga jest wielowątkowa i niezwykle rozbudowana, starczy jednak powiedzieć, że Malekith ma spore szanse na odzyskanie władzy nad elfami, których jest, rzeczywiście, prawowitym, choć wygnanym władcą. Jak wspominałem przy recenzjach "Warhammer The End Times: Khaine" i "The Curse of Khaine", wydarzenia przedstawione w tych książkach wywracają do góry nogami naszą dotychczasową wiedzę o historii elfów Warhammera, tworzą też epicką historię powrotu Malekitha i końca Ulthuanu.

Jak w to wszystko wpasowany jest "Deathblade"? Krótko mówiąc, nijako. To, po raz trzeci powtórzone te same wydarzenia główne osi intrygi, opisane jedynie z punktu widzenia Malusa. Oczywiście, jako że Darkblade do samego końca nie ma specjalnego pojęcia o planach swojego władcy, nacisk w książce o jego dokonaniach położony jest na nieco inne elementy, eksponujące, przede wszystkim, jego własną rolę. Trzeba jednak jasno powiedzieć - o ile w poprzednich częściach cyklu to Malus był bohaterem i rozgrywającym, tu, w finale opowieści, został sprowadzony do roli mniej lub bardziej posłusznego wykonawcy woli Wiedźmiego Króla, zgodnie ze swoim nie tak dawno osiągniętym statusem społecznym, całkowicie natomiast wbrew duchowi i stylowi poprzednich przygód. Jego dokonania nie są specjalnie imponujące, on sam nie wyróżnia się też niczym na tle innych przedstawicieli najwyższych rodów Naggaroth. Ot, jeszcze jeden okrutny mroczny elf.

To zresztą moja największa pretensja do autora, C.L. Wernera. O ile w poprzednich częściach cyklu Malus był wrednym sukinsynem (a był cały czas), o tyle przedstawiano to w taki sposób, że - mimo wszystko - czytelnik, nawet mimo woli, kibicował jego dokonaniom i z zapartym tchem śledził kolejne przygody, podziwiając niezłomność charakteru, ambicję i ironiczne poczucie humoru. Z tego Darkblade'a w nowej powieści zostało bardzo, bardzo niewiele. Malus jest wrednym, okrutnym, ambitnym ponad wszystko, pozbawionym poczucia humoru, paranoicznym psychopatą. Sadystycznym potworem, całkowicie pozbawionym swoistego uroku swoich wcześniejszych inkarnacji. Oczywiście, częściową winę za ten stan rzeczy ponoszą ściśle określona fabuła Czasów Końca i, wspomniany, zmieniony status społeczny Malusa. Niemniej jednak uważam, że nawet w tym przypadku całość opisana mogła być zgrabniej i w sposób bliższy stylowi Abnetta i Lee. Praktycznie niewykorzystany jest, choćby, Tz'arkan, będący tak istotnym elementem wcześniejszych opowieści. W tej został sprowadzony do roli niemal niemego obserwatora. Powracają, najczęściej na dość krótko, starzy bohaterowie drugoplanowi, jak świetny niegdyś Silar, niestety, tak jak i sam Malus, pozostają raczej epizodami, niż pełnokrwistymi postaciami z poprzednich opowieści.

Książka budzi we mnie mieszane uczucia. Z jednej strony, wzbogaca historię wydarzeń toczących się na Ulthuanie Czasów Końca, przedstawiając część z nich w sposób pełniejszy i bogatszy, niż dwie pozostałe pozycje. Gdyby traktować ją jedynie jako kolejną fabułę tego rodzaju, broni się całkiem nieźle, na pewno nie jest gorsza niż "The Curse of Khaine". Z drugiej strony, do diaska, to książka o Malusie. Jako taka, jest zupełnie odmienna od poprzednich pozycji w serii i, co tu dużo gadać, znacznie gorsza. Nie w sensie roboty pisarskiej - nie zgrzyta się zębami czytając poszczególne rozdziały. Mam na myśli, raczej, ogólne wrażenie, brak satysfakcji i przyjemności, jaką czerpałem przy lekturze wcześniejszych przygód Darkblade'a. Wygląda na doczepioną do nich na siłę, sprawia wrażenie dopisanej pod przymusem, z chęcią "zmonetyzowania" dalszych losów jednego z ulubionych bohaterów ze stajni Black Library. Jako opowieść o końcu jednego z generałów Malekitha broni się doskonale. Jako historia końca Malusa Darkblade'a rozczarowuje. 

Rozczarowuje, zresztą, nie tylko jako całość. Śmierć Malusa jest totalnie antyklimatyczna, ten heros ginie w sposób bardziej przystający do drugorzędnego bohatera trzeciorzędnej opowieści, niż do faceta, który - dosłownie - wyrąbał sobie mieczem drogę na sam szczyt społeczeństwa Mrocznych Elfów. Koniec życia Malusa jest krótki, mokry i wstydliwy, jak pierwszy raz nastoletniego prawiczka. Brak mu epickości, czytając o nim nie miałem, w ogóle, wrażenia uczestniczenia w czymś istotnym, obserwowania końca jednego z moich ulubionych bohaterów. 

Szkoda. Wielka szkoda.

piątek, 13 marca 2015

Z otchłani czasu: sławne oddziały: Golgfag i jego najemne ogry | From the abyss of time: Regiments of renown: Golgfag's Mercenary Ogres

Bohaterami kolejnej opowieści o sławnych oddziałach świata Warhammera są najemne ogry Golgfaga. Oddział ten ujrzał światło dzienne w czasach I edycji gry (1983) i dotrwał do jej obecnej postaci, odgrywając nawet pewną rolę w zmaganiach Czasów Końca. Samo w sobie jest to powodem do niemałej chwały...
Prezentowane pod wpisem zdjęcie figurek przedstawia ich dwie pierwsze inkarnacje - modele wprowadzone do sprzedaży w czasach I i II edycji gry. Dodatkowo Games Workshop produkował też kolejne dwie serie ogrów Golgfaga - pierwsza powstała w 1998 r., wprowadzono ją na rynek przy okazji premiery księgi armii "Dogs of War", ostatnia zaś ujrzała światło dzienne w 2011 r.

Golgfag i jego banda ogrów wyłonili się z mroków północy zaraz po rozpoczęciu wojny między goblinami i krasnoludami. Golgfag był wodzem klanu Rutdrogg, uważał toczące się zmagania za świetną okazję do zdobycia łupów i świeżego mięsa. Rutdroggowie z ociąganiem opuścili więc swe górskie domostwa i zaciągnęli się, prosto z marszu, w szeregi Bogdana Nogołamcy, wodza Goblinów z północnych Gór Mglistych.

W krótkim czasie Golgfag wziął udział w kilku akcjach początkowego okresu wojny. Rutdroggowie okazali się świetnymi żołnierzami, choć może niezbyt zdyscyplinowanymi. Pewnej nocy, spędzonej na wyjątkowym opilstwie, Glogfag i Bogdan, którzy nigdy specjalnie za sobą nie przepadali, zaczęli się kłócić. Już po chwili cały oddział był na nogach, a krew lała się strumieniami. Nim nastał ranek, ogry Golfgaga wywalczyły sobie drogę z obozowiska goblinów i uszły w las.

Golgfag wkrótce znalazł kolejnego pracodawcę - tym razem walczył po stronie krasnoludów przeciwko swym niedawnym sprzymierzeńcom. Poprowadził wtedy, wraz ze swoim czempionem Grat'hudem, oddział krasnoludów wprost do twierdzy goblinów, gdzie w zaciętej walce zabił Bogdana. Nie minęło wiele czasu, a Golgfag zyskał sławę jednego z najbardziej awanturniczych przywódców tej wojny, zdobył wiele złota, liczne łupy i jeńców, po czym powrócił na mroźną północ.

UZBROJENIE: dwuręczne maczugi.
ZBROJA: kolczugi i tarcze.
ZAWOŁANIE BOJOWE: język ogrów jest zwierzęcy w swej naturze, nie poddaje się łatwo przekładowi. Fonetyczna transkrypcja brzmi mniej więcej tak: "Gruugh aghhhhh aghhhh waaaaaa". Specjaliści twierdzą, że rozpoznają pewne fragmenty tego zawołania, proponują jego następujące, surowe tłumaczenie: "Usuńcie się z zajmowanego obecnie miejsca, niedostosowanie się do naszej prośby może skutkować poważnym dyskomfortem fizycznym, z rodzaju tych, które znacząco ograniczają życie towarzyskie". Niedawne badania rzuciły nowe światło na ten dziwny okrzyk bojowy. Według nich jego znaczenie to: "Jestem taki zły, kiedy nie dostaję gorącego śniadania".
DOKONANIA: Najbardziej popularna opowieść o dokonaniach Golgfaga mówi o schwytaniu go przez krasnoludy. Uwięziono go w słynnej Czarnej Dziurze Kruczej Twierdzy, wraz z nim w celi znalazło się kilka tuzinów rozmaitych goblinoidów. Krasnoludy spodziewały się, że ich więźniowie wymrą, ściśnięci na niewielkiej przestrzeni i ledwie mogący oddychać zastałym powietrzem. Kiedy jednak rankiem, następnego dnia po schwytaniu Golgfaga otworzono drzwi ciemnicy, strażnicy - ku swemu zdziwieniu - zobaczyli go przeżuwającego resztki ostatniego goblina. Poza ogrem cela była pusta, choć na podłodze widać było sporo krwi. Fakt ten wywarł tak silne wrażenie na przywódcy krasnoludów, że nakazał wyprowadzić Golgfaga daleko, bardzo daleko od twierdzy i puścić wolno.
TARCZA: każdy ogr z oddziału nosi wielką, okrągłą tarczę, w walce zwisa ona na plecach, by wojownik mógł używać swej potężnej maczugi.
SZATY: Rutdroggowie odziani są w długie tuniki sięgające kolan, stroju dopełniają mocne spodnie i buty. Na tunikach noszą kolczugi, a na plecach długie, futrzane opończe. Skóra ogrów ma śniady odcień, a długie włosy są najczęściej czarne lub siwe.

Heroes of this story of yet another regiment of renown are Golgfag's Mercenary Ogres. This regiment was released for the first time in the ancient times of 1st edition of Warhammer (1983) and is still known in the current lore of the game (32 years later), Moreover - Golgfag plays a small but vital role in the End Times too... Quite an accomplishment, isn't it?
The picture below the test shows two first versions of Golgfag's ogres - models from 1st and 2nd edition of the game. Games Workshop has also released two more sets of ogres from this unit. First of them was released in 1998 (for "Dogs of War" army book) and current version was released in 2011.

The wars between the Goblins and Dwarfs had just begun when Golgfag and his Ogre band emerged out of the northern darkness. Golgfag was the chief of the Rutdrogg clan, and he saw the impending war as a good opportunity to gather loot and fresh meat. The Rutdroggs shambled out of their mountain homes and straight into the employ of Bogdan Legbreak, the chief of the Goblins of the northern Misty Mountains.

After a limited period of service Golgfag had taken part in several early actions of the war. The Rutdroggs proved themselves to be excellent troops, if somewhat undisciplined. One night after an especially long and intense drinking bout Glogfag and Bogdan, who had never liked each other anyway, fell to arguing. Within moments the whole Regiment was up and blood was flowing freely. By morning Golgfag's Regiment had fought its way out of the Goblin compound and taken to the woods.

Golgfag soon found employ again, however, this time fighting for the Dwarfs against his former allies. In this capacity he and his champion Grat'hud led a Dwarf party into the Goblin's stronghold and slew Bogdan in a bitter fight. Golgfag later established himself as one of the most adventurous leaders of the war and collected a great deal of gold, loot and captives before returning to the frozen north.

EQUIPMENT Armament - Two-handed mace. Armour - Shield, Mail Coats
BATTLECRY The Ogre language in bestial in the extreme, and not easily translated. A phonetic transcription would be something like, 'Gruugh aghhhhh aghhhh waaaaaa.'  Experts claim to recognise some elements and offer the following broken translation. 'Remove yourselves from your current physical location, failure to comply with our request could result in severe physical discomfort of a kind which could seriously curtail your social life.' Recent scholarship has shed new light on this strange cry. It now appears to mean, 'I get so angry when I don't have a cooked breakfast.'
DEEDS The most popular story about Golgfag concerns the time that he was captured by the Dwarfs. He was imprisoned in the famous Black Hole of Raven's Hold, along with several dozen assorted goblinoids. Crammed into a tiny space, with no air and hardly enough room to breath, the Dwarfs expected the occupants to die. However when they opened teh door the following morning the Dwarf jailers were aghast to see Golgfag chewing on the remains of the last Goblin. The cell was otherwise empty, although there was good deal of gore and blood on the floor. The Dwarf leader was so awed by this feat that he ordered Golgfag to be taken a long, long way away and released.
SHIELD Each Ogre carries a large round shield, this is strapped to his back in combat so as to enable him to swing the mighty war mace.
UNIFORMS Rutdroggs have long tunics down to the knee, with heavy breeches and boots. Over their tunics they wear mail armour, and over their backs they have long furry cloaks. Their skin coloration is swarthy, with longish black or grey hair.



czwartek, 12 marca 2015

Osłona dla miotacza ognia | Second part of the flamethrower team


Czas w końcu pokazać drugiego członka zespołu miotacza ognia piechoty morskiej USA z czasów II wojny światowej. Żołnierze ci, chroniący swojego kolegę uzbrojonego w miotacz płomieni, wyposażeni byli w strzelby Winchester M12, doskonale sprawdzające się w walce na niewielkich dystansach. W przeciwieństwie do swojego kolegi, odlanego z metalu, jego ochroniarza zrobiłem z części plastikowych, dostępnych w zestawie piechoty morskiej produkcji Warlord Games. Różnica jakości jest dramatyczna, na korzyść plastików oczywiście. Nie żałuję nawet, że w zestawie armijnym US Marines brak metalowego strzelca ze strzelbą, dostępnego w zestawie, w ramach którego można nabyć zespół miotacza ognia. Zdecydowanie wolę swoją wersję plastikową.

W tle fotografii "z pola walki" widać początki mojej stołowej dżungli. Poświęcę jej jedną z kolejnych notek na blogu.



It is high time to finally show second part of the US Marines flamethrower team. Second marine was armed with Winchester M12 shotgun, excellent weapon for fightning over the small distance, usual for flamethrowers. Contrary to his team fellow, this miniature is made from plastic bits, taken from the boxed set released by Warlord Games. The difference in quality is astounding (plastics are much, much better). The difference is so drastic, in fact, that I don't even want to buy a metal version of this shotgun armed marine, available in a "metal" flamethrower set released by Bolt Action publisher - I much prefer my own version.

You can see first "jungle patches" made for my games in the background of "combat" photos. I will show them in one of the future blog entries.







środa, 11 marca 2015

Pięć lat Wojny w miniaturze | War in miniature is five years old

Niemal dokładnie pięć lat temu, ósmego marca 2010 r., opublikowałem pierwszą notkę na tym blogu. Byłem wtedy piękny i młody, bo przed czterdziestką (teraz jestem już tylko piękny, bo dobrze po czterdziestce), miałem chęć powrócić do starego hobby - gier bitewnych - ale z nowym twistem. Tą zmianą miał być wargaming historyczny. Wyszło, jak wyszło. Obecnie moje myśli krążą zdecydowanie silniej wokół rozmaitych fantastycznych światów, niż zagłębiają się w historię naszego świata, choć posty tego rodzaju też się trafiają i trafiać nadal będą. Sporą frajdę sprawia mi malowanie amerykańskiej piechoty morskiej do Bolt Action i zamierzam pomalować w przyszłości kolejną armię do tej gry.

Przez te pięć lat zanotowaliśmy z bratem, Mormegiem, współautorem bloga, 1 278 997 odsłon - wg. googla. Sam nie wiem, dużo to czy mało. Pewnie przeciętnie. Ruch na blogu nie należy, ostatnio, do najwyższych, muszę jednak uczciwie przyznać, że kilka ostatnich miesięcy to okres względnie niewielkiej mojej aktywności blogowej. Sporo czasu poświęcam bowiem Polskim Figurkom. Mam nadzieję, że uda mi się wrócić do publikowania notek przynajmniej cztery razy w tygodniu.

Wszystkim odwiedzającym, zwłaszcza stałym Czytelnikom, serdecznie dziękujemy. Pozostańcie z nami przez kolejne lata:)
Inkub i Mormeg

Almost exactly five years ago I posted first entry on this blog - on 8th of March 2010. I was young and pretty back then (still in my thirties then, now I'm only pretty as I just turned forty four) and I wanted to return to my old hobby - wargaming - with a twist. This "twist" was supposed to be historical wargaming but - let me be honest - I failed here. My hobby - and hobby of my brother Mormeg, who is co-author of the blog - is centered around various fantasy and sci-fi universes more nowadays (mainly GW owned), and less around historical battles and campaigns. Still, i don't want to stop historical wargaming altogether though. I really enjoy painting US Marines force for Bolt Action and I plan to paint another force too.

Total views of my blog for those five years is 1 278 997 - according to google. I don't know, if this is high or low number. Average, I think, but I blame myself as the last months notes were few and far between. Most of my blogging time is dedicated to Polish Miniatures site. I hope that I will return to posting at least four notes per week soon.

And one more thing. We heartily thank all our readers, especially the ones visiting our blog on daily basis. Stay with us for another five or more years:)
Inkub and Mormeg

wtorek, 10 marca 2015

Epic 30K odsłona dwudziesta: land speedery Pożeraczy Światów | Epic 30K part 30: World Eaters land speeders

Kolejny zakup z popularnego portalu aukcyjnego - land speedery z zamierzchłych czasów Rogue Tradera, których konstrukcja silnie kojarzy mi się z latającą kanapą. W mojej armii będą reprezentować javelin attack speedery. Na uwagę, albo raczej nieuwagę zasługuje słabe łączenie części w modelach, które im mniej dzieli nos od modelu tym bardziej są, niestety, widoczne. Na aukcji, pryśnięte czarnym "szprejem" nie były widoczne, w moich łapkach, pozbawionych debondera były wielkie niczym Kanion Kolorado. Cóż, jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma. Nie narzekając zbytnio, a tylko pomrukując ścicha pod nosem zacząłem, z pewną niechęcią je malować. Efekt jaki jest każdy widzi:) IMO, gdyby nie te dziury byłoby całkiem nieźle. Może kiedyś uda mi się upolować modele w ramkach.
W każdym razie piątka land speederów jest gotowa do walki.
- Mormeg

Further purchase from popular auction site - land speeders from the ancient era of Rogue Trader, with conctruction of theirs being strongely influenced by a sofa design. In my army those will count as javelin attack speeders. Unfortunately, models are of rather poor quality, as the parts are badly fitted. Closer you get to them, more obvious it is. It wasn't visible on the auction site's photo, as the models were undercoated black, but believe me, some of the gaps are so huge as Great Canyon. Well, beggars can't be choosers. So, I just quit whining and started to paint them, with just a slight reluctancy. Final effect is visible on the photos. IMO, it would be ok, if not those huge gaps. Well, I just have to find some old speeders still on sprue.
Anyway, five land speeders is ready for a combat.
- Mormeg









poniedziałek, 9 marca 2015

Z półki Mormega: The Curse of Khaine

"The Curse of Khaine" to już kolejna powieść ze świata Warhammera, sygnowana logiem "The End Times" - jej fabuła zazębia się i poszerza wątki opisane w podręcznikach przeznaczonych do użytku z grą bitewną. W tym wypadku fabuła "Klątwy Khaine'a" poszerza fabułę "Warhammer The End Times: Khaine". Autorem powieści, liczącej 384 strony, jest Gavin Thorpe, niegdyś jeden z redaktorów White Dwarfa, potem autor podręczników do gry, w końcu - pisarz działający na rzecz Games Workshop i Black Library, podmiotu odpowiadającego za wydanie tej książki.

Otwarcie napiszę, że nie jestem, a raczej do niedawna nie byłem, specjalnym fanem jego twórczości. Pamiętam go, po prostu, jako trochę pryszczatego chłopaka z kart Białego Krasnoluda, pamiętam też jego pierwsze próbki literackie. Cóż. Nie były one specjalnie wysokich lotów, nawet na tle reszty ówczesnej twórczości spod znaku młota i boltera. Dziś jednak jestem bliski zmiany swojej opinii - a to za sprawą recenzowanej właśnie powieści.

Zacznijmy, jednak, ab ovo. Fabuła "The Curse of Khaine" to, w zasadzie, powtórzenie treści "Khaine", podana jednak w odmienny sposób. W podręczniku do bitewniaka bohaterów było wielu - karty księgi informowały zarówno o tym, co dzieje się w obozie Mrocznych Elfów, jak i o staraniach Tyriona, poczynaniach Teclisa, mówiły o tym, co dzieje się wśród Leśnych Elfów, w końcu o tym, co przydarzyło się kilkudziesięciu bohaterom mniejszej rangi, a nawet postaciom epizodycznym. W przypadku "Klątwy..." bohater jest tylko jeden. Mroczny, posępny, budzący grozę Malekith. Od zawsze jeden z czołowych "złych" bohaterów świata Warhammera, od zawsze istota opętana własnymi ambicjami, od zawsze pechowiec i - od zawsze - jeden z bardziej płaskich antyherosów tego uniwersum. Cóż, to ostatnie, można odłożyć na półkę. Już  w "Khaine" Malekith daje się poznać jako postać daleka od płaskości i tym bardziej pełna niuansów, im bliżej końca całej opowieści. W "Curse of Khaine" przywódca Mrocznych Elfów jest pełnowymiarową postacią, głęboką i posiadającą cechy nadające mu wiarygodności. Spójrzmy bowiem prawdzie w oczy - postaci fantasy, zwłaszcza te, które zaludniają karty książek z rodzaju tych, jakie publikuje Black Library, najczęściej są mało skomplikowane i przewidywalne, aż do bólu.

Właśnie, bólu, cierpienia i śmierci, czyli tych czynników, bez których niełatwo wyobrazić sobie okrutnego pana losu, życia i śmierci Druchii. Dość trudno z okrutnika i sadysty zrobić postać, z którą zdolny byłby identyfikować się tak zwany przeciętny czytelnik. Że się da, udowodnili już dawno autorzy powieści o Malusie (recenzja ostatniego tomu jego sagi już wkrótce). Zadziwjające, ale Thorpe'owi udała się ta sztuka na łamach jego dzieła. Autor miał, trzeba przyznać, nieco łatwiejsze zadanie niż twórcy Malusa, Malekith podlega bowiem zmianom, czyniącym z niego sympatyczniejszego osobnika, z drugiej jednak strony wydobycie go z głębi, nazwijmy to delikatnie, czteroliterowej ciemności, w którą umieścili go wcześniejsi autorzy, opisujący jego dzieje (mam na myśli zarówno autorów podręczników do gry, jak i wcześniejszych książek o działaniach Malekitha - w tym samego Thorpe'a), znacząco utrudniało to zadanie. Uznałem jednak, po skończeniu lektury, że autorowi się ta trudna sztuka naprawdę udała. Malekith nie tylko się zmienia. Zmienia się w sposób logiczny i prawdopodobny. Jego przemiana, przejście od bycia kwintesencją zła i okrucieństwa w stan, nazwijmy to, praworządności i surowości zaledwie, wobec wcześniejszego sadyzmu, jest pokazana jako akt naturalny, wynikający ze zmienionych okoliczności, będący logicznym wyborem umysłu, skupionego na przetrwaniu rasy. Dodajmy - całej rasy, bez podziałów płynących z tragicznej historii.

Fajnym motywem książki, który nie istnieje w podręczniku do WFB, są wspomnienia Malekitha, sięgające samego początku, czasów tuż po śmierci jego ojca. Pokazane zostały początki konfliktu, niesprawiedliwość, jaka go spotkała, nie będąca, wbrew wcześniejszym publikacjom GW, jedynie jego własnym wyobrażeniem. Elfy są, po prostu, równie nieprawe i poddające się manipulacji, pyszne i dumne, jak wszystkie inne żywe, rozumne istoty. Może nawet bardziej, biorąc pod uwagę ich pochodzenie i status. Podczas czytania tych fragmentów miałem jednak pewne wątpliwości - niektóre ze wspomnień odwoływały się do wydarzeń, które - zapewne - były opisane w innych powieściach i podręcznikach, nieczytanych przeze mnie. Nie sprawiało to specjalnych trudności w zrozumieniu ani akcji, ani motywacji Malekitha, niemniej jednak pozostawiło pewien niedosyt. Mam też wrażenie, że osoby nieobeznane z tłem fabularnym elfów mogą mieć pewne trudności ze zrozumieniem kilku rzeczy. Część bohaterów pomniejszej rangi pojawia się, bowiem, w zasadzie znikąd. Osoby znające fluff elfów, rzecz jasna, będą wiedziały, przykładowo, kim jest Caradryan i dlaczego milczy. Bez tej wiedzy trudniej będzie zrozumieć wagę jego słów. Niektóre z wydarzeń, istotnych dla całej fabuły, są zaledwie wzmianką. Autor wyraźnie liczy, że czytelnik zna przynajmniej zarys wydarzeń z książki "Warhammer The End Times: Khaine". Niespecjalnie jasne mogą być też odniesienia do wydarzeń z przeszłości bogów elfiego panteonu - te jednak wraz z lekturą stają się coraz bardziej oczywiste.

Niektórzy spośród czytelników mogą być zawiedzeni charakterem opowieści - jest w niej, relatywnie, niewiele walk, bitwy opisane w szczegółowy sposób są zaledwie dwie, większość akcji dzieje się poprzez rozmowy, opisy i wspomnienia. Niech to jednak nie zraża potencjalnych chętnych do zapoznania się z tą książką. "Curse of Khaine" to jedna z najlepszych opowieści ze świata Warhammera, epicka w rozmachu, a jednocześnie skupiona na jednej postaci, ważnej dla całego uniwersum. Dobrze napisana, wyróżniająca się w natłoku gropochodnej literatury średnich lotów. Do diaska, zdołałem polubić i - nawet - pożałować Malekitha, prawowitego Wiecznego Króla, wygnańca i odkupiciela. Zdecydowanie, bardzo mocno polecam.

wtorek, 3 marca 2015

Miotacz ognia dla marines | Marines flamethrower

Połowa zespołu miotacza ognia dla mojej piechoty morskiej z czasów II wojny światowej. Figurka uzbrojona jest w miotacz M2-2, wprowadzony na uzbrojenie marines latem 1944 r. Była to dość mocno poprawiona wersja wcześniej wykorzystywanej broni, nie pozbawiona jednak zupełnie jej wad (obsługa narzekała zwłaszcza na wysoko zawieszone zbiorniki, utrudniające krycie się). Mimo pewnych niedociągnięć, broń tę wykorzystywano powszechnie w trakcie walk na wyspach Pacyfiku, służyła do oczyszczania punktów oporu Japończyków. W walce operatorowi miotacza towarzyszył drugi żołnierz, jego bezpośrednia osłona - ten uzbrojony był w strzelbę, pokażę go jako następnego.

Figurka to metalowy wytwór Warlord Games. Kiepsko wyrzeźbiony, z detalami broni bardzo uproszczonymi, z toporną rzeźbą ogólną, na dodatek odlany z jakiegoś bardziej kruchego niż zazwyczaj stopu. Kiepsko się go malowało, może poza spodniami. Koszmarkiem okazał się hełm... Zdecydowanie nie jestem fanem metalowych figurek Warlorda.

First part of the flamethrower team for my American marines from WW2. Miniature carries M2-2 flamethrower, improved version of earlier weapon, which was introduced into service in the summer of 1944. Improved doesn't mean flawless - operators have had quite a few issues with this weapon, not the smallest one was the question of weight and high siluette, which made hiding really hard. Despite its drawbacks, flamethrowers were widely used during fights on Pacific islands, where they were unmatched during cleansing all foxholes, caves and other Japanese defence points. Second marine from the flamethrower team was armed with a shotgun - I will show him next.

Miniature itself is an old cast by Warlord Games. Very poor sculpt, very bad details of weapons (tanks and valves especially), crude by modern standards and casted from some very brittle alloy. It was pita to paint, maybe with an exception of trousers. Helmet was a true nightmare. I'am definitely not a fan of metal Warlord Games miniatures...




niedziela, 1 marca 2015

Żołnierzom wyklętym | To cursed soldiers