środa, 29 października 2014

Elf z "Warhammer Questa" | "Warhammer Quest" Elf Ranger

Druga z figurek Wysokich Elfów, pomalowanych przeze mnie w ramach wymiany "malowanie-figurki" (pierwszą, Wieczną Królową elfów, można zobaczyć tutaj). Bardzo fajna rzeźba rangera z dodatku do gry "Warhammer Quest", wydana w 1995 r. Mimo upływu lat nadal wygląda całkiem nieźle, choć jest nieco dwuwymiarowa. Ot, ograniczenia ówczesnej technologii. Zdaje się, że nie mamy jej w swoich prywatnych kolekcjach ani ja, ani Mormeg, tym fajniej więc mi się ją malowało. Mój entuzjazm ostudziła tylko nieco konieczność zmycia oryginalnego, nałożonego przez kogoś czarnego, grubego podkładu. Mimo starań, drobniutkie resztki farby pozostały w paru miejscach, psując fakturę nakładanych tam farb. Na zdjęciach (i na żywo) niemal na pewno tego nie widać, ja jednak wiem, że są tam obszary wyglądające jak malowane farbą strukturalną;).
Przy malowaniu starałem się trzymać kilku prostych zasad. Ograniczona paleta kolorów, ikonicznie związanych z Wysokimi Elfami, czerwony, widoczny głównie na klejnotach, jako kolor dodatkowy. Płaszcz miniaturki aż prosi się o jakieś dodatkowe ozdoby, oznaczałoby to jednak kilka godzin pracy więcej - cóż, nie za tę cenę.
Stosunkowo najmniej zadowolony jestem z run widocznych na ostrzach, przez chwilę zastanawiałem się nawet, czy nie przemalować ich na czerwono, stwierdziłem jednak, że zbyt brutalnie przełamywałoby to schemat kolorystyczny figurki.

Second of the High Elves miniatures, painted by me as a part of barter trade (my painting for your miniatures). You can see first painted miniature, Elven Everqueen, here. Really nice sculpt of Elven Ranger from one of the supplements for "Warhammer Quest" game, released back in 1995. It is still very nice looking miniature, maybe slightly too flat for today's tastes, but well... it was released close to 20 years ago and it was a state of the art then. I think both myself and Mormeg don't have this particular miniature in our collections, so it was a good oppurtunity to paint one. I've got it with very crude, thick black undercoat painted on, so my first task was to remove it. Unfortunately, small residues of paint were left in some areas and I was unable to remove them. Those imperfections are barely visible (certainly not on the photos) but still, I know that they are somewhere there areas looking like painted with texture paint;)
I tried to stick to some basic rules while painting. Limited color palette, one traditionally reserved for original High Elves from WFB, with red as additional color, visible mainly on gems. Miniature's cloak would be a great area to paint some freehands or textures onto or into it, but well - it would take at least few more hours - not enough for agreed price.
I'm the least happy with runes visible on the blades. I even considering repainting them with red for a moment but finally settled with blue, as red would unbalance color scheme too much in my opinion.








niedziela, 26 października 2014

Z półki Mormega: "The Return of Nagash"

Dawno nie publikowaliśmy z bratem niczego z cyklu naszych recenzji książek Black Library, czas więc trochę nadrobić te zaległości. Pora jest na to, zresztą, doskonała. Na naszych oczach świat Warhammera Fantasy Battle zmienia się diametralnie. Czy na lepsze, to się dopiero okaże, w każdym razie nic już nie będzie takie samo, fluff na naszych oczach wywraca się do góry nogami, a bohaterowie rodzą się i umierają, czy też znikają, by pojawić się w jakiejś innej formie, w sposób niemalże seryjny. 

Proces zmiany GW nazwało, z właściwą sobie pompą, "Końcem Czasu". W sumie, trudno się dziwić. Rzeczywiście, coś się kończy, coś się - miejmy nadzieję - zaczyna. A już, na pewno, wiele sie zmienia.

Ostrzegam, że w dalszej części wpisu pojawią się rozmaite spojlery...

Jedną z pierwszych książęk, osadzonych w tych czasach zmiany, jest "The Return of Nagash" autorstwa Josha Reynoldsa, stojącego obecnie za całkiem sporą liczbą powieści i opowiadań, których akcja ma miejsce w Starym Świecie i jego okolicach. Napisał już kilka powieści o Gotreku i Feliksie, lecz - co ważniejsze, ze względu na tematykę - spod jego pióra wyszły również "Neferata" i "Master of Death", dwie książki opowiadające historię wampirów. Zwłaszcza "Neferata" wywarła na mnie korzystne wrażenie, o czym możecie się przekonać tutaj, czytając recenzję tej powieści.

Akcja "Powrotu Nagasha" rozpoczyna się od krótkiego streszczenia wydarzeń, jakie mają miejsce w świecie Warhammera. Sylvania, prowincja Imperium będąca lennem wampirycznej rodziny von Carsteinów otoczona jest nieprzeniknionym, czarodziejskim murem. Można go przekroczyć jedynie wkraczając do Sylvanii, żaden ożywieniec nie jest w stanie się z niej wydostać. Skaveni wyruszyli ze swojego Pod-Imperium, niosąc śmierć i zniszczenie Tileii i Granicznym Księstwom, które padły w ciągu kilkunastu godzin. Siły Chaosu, zjednoczone pod sztandarami Wszechwybrańca Archaona, rozpoczynają kolejną inwazję. Awangarda zaledwie jego armii niosącej sztandary Czterech Bogów wystarcza do zmiecenia z powierzchni ziemi Kisleva - w całości i, chyba, nieodwołalnie. Armie Chaosu zatrzymują się na granicach Imperium, gdzie w niebo strzela Bastion Wiary - kolejny czarodziejski mur, dzięki modlitwom kapłanów i czarom magów broniący wstępu do krainy Cesarza Franza. W Bretonii trwa bratobójcza wojna króla Louena Leoncoeura i jego bastardziego syna, Mallobaude'a, zakończona - w końcu - śmiercią i jednego, i drugiego, objawianiem się Zielonego Rycerza, który po podniesieniu przyłbicy okazuje się Gillesem Le Bretonem, założycielem królestwa z dawnych dni. Udaje mu się zakończyć wojne domową i zbiera siły, do ostatecznego rozprawienia się z ożywieńcami, panoszącymi się w jego państwie wskutek sojuszu Mallobaude'a i Arkhana Czarnego. Wszystkie praktycznie krainy stają się celem demonicznych napaści. Granice Naggaroth szturmowane są przez armie Chaosu dowodzone przez Valkyę, po Ulthuanie ponownie kroczą demony, ponownie rozpalają się tam zagaszone, zdawałoby się, węgle wojny domowej. W płonących dżunglach Lustrii, w zrujnowanych miastach Slannowie planują ewakuację z tego niewdzięcznego świata.

Mówiąc krótko, dzieje się naprawdę dużo, a postaci będące z nami nieraz przez dziesięciolecia grania w Młota, giną niczym browar na imprezie studenckiej - często na marginesie opisywanych wydarzeń, ot wspomniane mimochodem przy jakiejś okazji.

Głównymi bohaterami książki są dwaj "badguje" - obaj warci siebie, obaj budzący skrajne emocje i obaj niemal równie interesujący - Mannfred von Carstein i Arkhan Czarny. Zwłaszcza ten drugi, mimo że teoretycznie mniej inspirujący jako postać, okazuje się i bardziej złożony, i bardziej ciekawy (jest to zresztą jedna z moich ulubionych postaci poprzedniego cyklu książek o Nagashu). Akcja opowieści przekazywana jest nam, czasami, z punktu widzenia kilku innych postaci, nie mają one jednak, tak naprawdę, większego znaczenia. Liczą się tylko Mannfred i Arkhan. Pierwszy jest opętany żądzą stworzenia własnego Imperium. Dużego. A najlepiej gigantycznego. Z nim i tylko z nim jako najwyższym władcą. W tym celu od lat knuł intrygi, wskutek których zamierzał przywołać do istnienia Nagasha, a następnie - nie opisano w jaki sposób - wykorzystać go do swoich niecnych zamiarów. Znawcy fluffu ożywieńców już w tym momencie mogli się uśmiechnąć - bo marzenia Mannfreda są równie prawdopodobne, jak marzenia muchy chcącej rozkazywać armii pająków. Cel Arkhana jest zbieżny - Nagash musi powrócić. Odmienne są jednak jego motywy. Licz jest tak stary, że sam już, w zasadzie, nie pamięta, na czym zależy jemu samemu. Liczy się tylko i wyłącznie Nagash, jego powrót, służba i - może - w końcu - zapomnienie i ostateczna śmierć dla wiernego sługi. Arkhan doskonale zdaje sobie też sprawę, że jest nieustannie manipulowany przez Nagasha. Manipulowany do tego stopnia, iż nie potrafi już odróżnić swoich pragnień, swych własnych celów, od życzeń i woli swojego pana. Autorowi udało się w przekonujący sposób pokazać wątpliwości, jakie w skrytości ducha żywi licz względem tego, co robi. Wątpliwości na tyle silnych, by dawały o sobie znać pojawiającymi się co jakiś czas niewesołymi konkluzjami, niemniej jednak nie mogących równać się z wolą, wręcz żądzą przywrócenia Nagasha.

Mannfred na początku wydawał mi się mniej interesujący. Ostatecznie Reynoldsowi udało się przekonać mnie do tej postaci, głównie poprzez wiarygodne oddanie jej idee fixe, a także pokazanie sposobu działania. Przez pierwszych kilkanaście stron książki denerwował mnie wampirzy tatuś Mannfreda, Vlad, pojawiający się jako głos w umyśle ostatniego z wielkich von Carsteinów, przyzwyczaiłem się jednak i nawet wkrótce zaczęło mnie to bawić równie mocno, jak irytowało to Pana Sylvanii.

Z bohaterów drugoplanowych, odgrywających czasami ważniejsze role - do gustu przypadł mi Erikan Crowfiend. Ma zadatki na ciekawego antybohatera, mam nadzieję, że pojawi się jeszcze w całej historii. Kolejnym z takich bohaterów drugiego, a w tym wypadku właściwie nawet i trzeciego planu, był mentor Erikana, stary, umierający nekromanta. Zanim oddał ducha i stał się zombie, zdążył rzucić parę niezłych tekstów.

Sama fabuła jest znana wszystkim, którzy zapoznali się z podręcznikiem "The End of Times: Nagash", doprowadzona jest mniej więcej do połowy wydarzeń znanych z tej książki. W zasadzie jedynymi różnicami pomiędzy oboma książkami jest wprowadzenie kilku bohaterów trzecioplanowych i nieco dokładniejsze przedstawienie poszczególnych wydarzeń - bitwy o La Maisontaal, zdobycia miecza Nagasha i jego zbroi. Opis ataku wojsk Mannfreda na jaskinię Skavenów, bronioną przez kolejne fale coraz to bardziej zdesperowanych szczuroludzi, a w końcu opis zdobycia ich wewnętrznej twierdzy, robi naprawdę bardzo dobre wrażenie. Bardzo klimatyczna, napisana z werwą i drygiem jest też bitwa przy Dziewięciu Demonach, miejscu rytuału, którego celem jest odrodzenia Nagasha. W wersach ją opisujących czuć rozmach i epickość, desperację Wysokich Elfów pragnących zapobiec rytuałowi i zdecydowanie Arkhana i Mannfreda, który dopiero teraz zaczyna zastanawiać się, czy też jego działania aby na pewno wyjdą mu na dobre.

Mocną stroną powieści jest też para nieodłącznych, do niedawna, ożywieńczych herosów. Dawnego czempiona Chaosu, Krella, i Liczmistrza Kemmlera. Bardzo interesująco potoczyły się ich losy pokazane na stronach opowieści, Krell ukazany został jako niepokonana praktycznie maszyna do zabijania, jeden z najważniejszych stronników Nagasha. Kemmler zaś... Cóż, Kemmler zmienił sojusze.

Ciekawy jestem, co jeszcze szykuje dla nas autor "Powrotu...". Sceny z Morgianą La Fay, ginącą niemal dobrowolnie podczas rytuału przyzwania Wielkiego Nekromanty, a także czar rzucony przez Wieczne Dziecko, Aliathrę, pozwalają przypuszczać, że Arkhan może jeszcze nas czymś zaskoczyć...


"The Return of Nagash" to - zdecydowanie - najlepsza powieść tego autora wydana przez Black Library, jedna z najlepszych w ogóle, osadzonych w świecie WFB i absolutny "must read" dla wszystkich miłośników Wojennego Młota. Niezależnie od tego, czy wprowadzane zmiany się komuś podobają, czy też nie jest się ich zwolennikiem, książka jest - po prostu - dobra. Dobrze napisana, zwłaszcza w częściach środkowej i końcowej, z bardzo dobrymi opisami bitew. No i - last but not least - rusza z posad bryłę świata. Bądźmy szczerzy - kiedy coś takiego miało ostatnio miejsce w Starym Świecie?

piątek, 24 października 2014

Z otchłani czasu: sławne oddziały: Goblinia Straż Groma | From the abyss of time: Regiments of Renown: Grom's Goblin Guard

Goblinia straż Groma to trzeci ze Sławnych Oddziałów, wydanych przez Games Workshop w połowie lat osiemdziesiątych. Oddział ten miał dwie wersje wydane jeszcze za czasów dwóch pierwszych edycji Warhammera.

Grom rozpoczął Wojny Goblinów, gdy w czasie pijackiej bójki zabił Wulfruna Wierzborękiego, Króla Północnych Krasnoludów. Powody starcia nie są znane, choć zapewne można o nie winić przymioty piw Old Sam's Brown oraz Bugman's Best. Grom stał na czele wojsk goblinów i to pod jego dowództwem odniosły one jedne z ich najbardziej znanych zwycięstw, gdyż był doskonałym taktykiem i żołnierzem - jak na goblina. Nie był on goblinem czystej krwi, a raczej mieszańcem, z wyglądu niemalże mógł uchodzić za nadzwyczaj szpetnego ogra. Znany był jako "Grubas z Mglistych Gór", był bowiem niebywale gruby.

Grom dobierał członków swojej gwardii spośród szumowin gobliniego społeczeństwa - wyrzutków, mieszańców goblinów i orków. Stwory te były nadzwyczaj duże i gwałtowne. Nosiły pancerze zebrane z pobojowisk pierwszych bitew wojny, a ich broń wykuto w krasnoludzkiej kuźni z pól Zhuf, po tym jak zdobyły ją armie Groma.

Grom padł w czasie pierwszego szturmu na krasnoludzką twierdzę Middenheim. Jego straży przewodził potem czempion jednostki, Crud Długa Kość. Crud był bardzo wysokim i chudym goblinem ze szczególnie wydatnym nosem. On i resztka straży Groma zostali wycięci w pień w trakcie ostatniego starcia tej wojny, bitwy na Przełęczy Szalonego Psa.

UZBROJENIE: miecz
SZATY: kolczuga i tarcza, jak również skórzany kaftan i spodnie, hełm z grubego żelaza
TARCZE: widać na nich rozliczne motywy. Na tarczy Groma przedstawiono śmierć Wilfruna Wierzborękiego, wymalowaną z mnóstwem krwi i doskonale widocznym rożnem.
ZAWOŁANIE BOJOWE: "Yaaaghhhruuuuuugh" - no cóż, gobliny nie słyną z wyrafinowania.
PRZYWÓDCA: Grom, Grubas z Mglistych Gór. Grom posiada cechy bohatera Nocnych Goblinów, jednak ze względu na wielką tuszę ma Wytrzymałość D i 4 punkty Żywotności
DOKONANIA: Oprócz rozpoczęcia Wojen Goblinów, Grom pamiętany jest głównie z powodu Masakr na polach Zhuf. W trakcie walk do niewoli trafiło tam wielu krasnoludów, wszystkich spotkała straszna śmierć. Przez miesiąc po upadku twierdzy, każdego dnia przed Groma przyprowadzano setkę krasnoludów. Osobiście siadał na każdym z więźniów, co nieodmiennie prowadziło do śmierci przez uduszenie.

Grom's Goblin Guard is third Regiment of Renown released by Games Workshop in mid eighties. This unit was released in two different versions.

Grom initiated the Goblin Wars when he slew Wulfrun Willowhand, King of the Northern Dwarfs, in a drunken brawl. The cause of the dispute is not recorded, although the relative merits of Old Sam's Brown and Bugman's Best may have been responsible. Grom led the armies of the Goblins in some of their most notable victories, for a Goblin he was a fine tactician and soldier. He was not a pure bred Goblin but of mixed ancestry and presented the appearance almost of an especially ugly Ogre. He was known as 'The Paunch of Misty Mountain' because he was so fat.

Grom selected his guard from the dregs of Goblin society - the outcasts; creatures who were half Goblin and half Orc. These guards were especially large and vicious. Their armour was scavenged from the early battlefields of the war, and their weaponry was forged at the Dwarf smithy of Zhuf Field after its fall to Grom's armies.

Grom was killed in the first onslaught on the Dwarf fortress of the Middenheim. From then on they were led by the regimental Champion, Crud Longbone. Crud was an unusually tall, thin and lanky Goblin with a distinctively long nose. Crud and the remainder of Grom's guards were exterminated at the final battle of the war at Mad Dog Pass.

ARMAMENT: Sword. Armour - Mail Coat and Shield
DRESS: Leather jerkin and trousers, with mail coat and heavy iron helmet.
SHIELD: Assorted shield patterns prevail. Grom's shield depicts the death of Wilfrun Willowhand, with a great deal of blood and the fabled toasting fork very much in evidence.
BATTLECRY: 'Yaaaghhhruuuuuugh' - Goblins are not known for their eloquence.
LEADER: Grom the Paunch of Misty Mountain. Grom has the attributes of a Major Night Goblin Hero, except that his layers of fat give him a Toughness of D and 4 Wounds.
DEEDS: Apart from starting the Goblin Wars, Grom is now chiefly remembered for the Atrocities of Zhuf Field. Many Dwarf captives were taken on this occasion, but all were doomed to a horrible death. On every day for the following month Grom had a hundred Dwarfs brought before him. He personally sat on each captive until the victim died of suffocation.


A tak wyglądał Grom w czasach 5. edycji, kiedy jego historia uległa naprawdę daleko idącym zmianom...
And here we have Grom the Paunch from the 5th edition era, when his history was changed and completely rewritten...




środa, 22 października 2014

Marsowa mina | Stern face

Powolutku zbliżam się do końca zamówienia (którego znaczną część widać w poście wcześniejszym). Widoczny obok milicjant z taką surową, marsową miną, to część ostatniego zestawiku amerykańskich patriotów. Ostatnia szóstka jest malowana odrobinkę innymi barwami - chcąc trochę "przyciemnić" ogólny obraz całego, pomalowanego oddziału, w tej ostatniej szóstce jest trochę więcej ciemnych kolorów. Ten pan, przykładowo, ma niemal czarny płaszcz.

Slowly I'm finishing painting commissioned group of American War of Independence militiamen - large part of this group is visible in the earlier note. The one miniature visible here, the one with such a stern face, is the part of the last group of miniatures, which are being painted in a slightly different colors. I think that overal tone of the whole unit is a little too bright so the final six miniatures are darker. Today's miniature wears, for example, a faded black coat.







piątek, 17 października 2014

Amerykańska milicja | American militia

Praktycznie koniec zamówienia. Zostało wykończenie czterech figurek, jednak ponieważ jutro zdecydowana większość figurek wędruje do właściciela, nie będę miał już szansy zrobić im grupowego foto. Okazało się, że nie mam specjalnie warunków do robienia zdjęć takim sporym grupom. Wyszło jak wyszło, to co widać, to jakieś marne resztki zrobionych fotografii, jednak okazały się najlepsze jakościowo. Powiem tylko, że nie miałem nawet świadomości, że tych figurek jest tak sporo. Oraz, że zdecydowanie lepiej wyglądają w grupie, niż pojedynczo.

Well, it is almost the end of this commission. There are still four miniatures waiting for adding some minor details but as I'm giving whole lot to the owner tomorrow, I won't be able to make a final, group photos. As it turns out, I don't really have enough room to make such "cinematic" shots.... Photos below are the only ones left after deleting the worst of them (like 90% of all). Let me say that I wasn't aware how big this group is. And I think that they look much better as a group then as single miniatures.






środa, 15 października 2014

Alarielle, wieczna królowa Wysokich Elfów | Alariell, Everqueen of High Elves

Dziś coś mocno odmiennego od tego, co zazwyczaj pojawia się na blogu. Nie dość, że nie mroczne, nie paskudne, nie pałające żądzą krwi, nie dość, iż z ludu Asur, to jeszcze sama wieczna królowa Alarielle. Figurka to jej starsza wersja, sprzed jakichś 15 lat. Pomalowałem ją w ramach barteru za figurki. Z jednej strony, nie mogłem poświęcić na nią zbyt wiele czasu ze względu na "koszt" malowania, z drugiej, chciałem pomalować ją dość efektownie. Trochę przeciwstawne dążenia, a rezultat oceni właściciel. Mam nadzieję, że będzie zadowolony. Przy pracy nad nią doszedłem do wniosku, że tego rodzaju postacie powinny być jednak malowane techniką NMM - dającą bardziej pastelowy, łagodny efekt finalny, niż ostre, metaliczne wykończenia farb tradycyjnych.

Today is something entirely different then my usual entries. Nothing dark, nothing hideous, nothing barking to the moon or howling its bloodlust. High Elf miniature and - more specifically - Alarielle the Everqueen. Miniature is the older version of this character, released some fifteen years ago. It was painted in exchange for some undead miniatures missing from my collection. Well... what can I write about painting. I couldn't paint this figure to my highest level due to exchange worth. At the same time, I wanted Alarielle to look, simply, good. Two very different, contrary strivings, results will be judged by the owner. I just hope he will be satisfied. And one more note - I think that such delicate miniatures would be better looking painted in NMM, as NMM finish is much more gentle then hard, metallic finish of the traditional paints.








wtorek, 14 października 2014

Ork z włócznią | Spear armed orc

Mój brat ostatnio wpadł w ciąg malarski, produkując niemal seryjnie kolejnych orków do swojej armii Ciemności z Władcy Pierścieni. Oprócz tych pokazywanych niedawno i dziś, gotowe są już kolejne maszkary - co bardzo mnie cieszy, bardzo lubię oglądać malowania Mormega. Bohater dzisiejszego wpisu to również plastikowa figurka, siłą rzeczy nieco uproszczona, wzbogacona kolejną tarczą maruderów Chaosu i drobną konwersją broni i jej chwytu.

My brother is chain-painting orcs lately, finishing his Mordor orcs in batches. This one is the last from the first four painted, next ones are already finished - and I'm really glad of it. Hero of today's entry is another lowly plastic orc, made a little different thanks to Chaos Marauders shield, and slight reposition and conversion of the spear.







niedziela, 12 października 2014

II edycja Figurkowego Karnawału Blogowego: ulubiony model

II edycja Figurkowego Karnawału Blogowego toczy się pod patronatem Gonza z bloga Black Grom Studio, a jej tematem jest "Ulubiony model". Strasznie ciężki temat. No bo jak to, z tych dziesiątków, a może i setek figurek poukrywanych w pudełkach, walizach, porozstawianych na regałach i wciśniętych w kartonach między inne skarby gracza, wybrać jedną, jedyną figurkę? Ale skoro trzeba, to trzeba. Dokonałem w myślach przeglądu swoich miniaturek, przypominając sobie te, z którymi łączą mnie szczególne więzy. W końcu zostały tylko trzy, trójca kawałków metalu, mające dla mnie szczególne znaczenie. O tym najbardziej ulubionym napiszę za chwile, najpierw jednak dwie figurki ciut mniej... ale też ulubione.

Pierwsza to dawny wzór wighta, oryginalnie wyprodukowany przez Citadel w ramach, bodajże, ich pierwszej licencji na miniaturki z "Władcy Pierścieni". Zobaczyłem go kiedyś w katalogu producenta, jeszcze zanim miałem jakiekolwiek figurki na własność i... po prostu musiałem go mieć. Trafił do mnie wraz z pierwszym zamówieniem i do tej pory uczestniczy w każdej bitwie moich Undeadów, w roli czempiona jednej z jednostek szkieletów. Wybrałem go ze względu na czas i wspomnienia.

Druga figurka to widoczny poniżej model necrarcha. Jedna z bardzo nielicznych, jeśli nie jedyna miniaturka z mojej kolekcji, która nie jest pomalowana przeze mnie. Prezent od mojego brata Mormega, doskonałe malowanie, świetna sama figurka i duży ładunek emocjonalny z nią związany. Jeszcze raz dzięki Bracie!

Natomiast zwycięzcą jest... model Czerwonego Hrabiego. Był, mam wrażenie, pierwszym dostępnym modelem wampira na koniu, produkowanym przez Games Workshop i trafił idealnie w swój czas. Wyprodukowano go w 1997 r., jako bohatera wydanej wówczas pudełkowej kampanii "Circle of Blood". W tym samym roku Games Workshop organizował pierwszy Wielki Turniej Warhammera, na który się wybrałem (nie, nie pytajcie które miejsce zająłem;)). Model konnego wampira świetnie wpisywał się w moją listę armii, z zadowoleniem przyjąłem więc jego ukazanie się, mimo tego, że do rozpoczęcia zawodów zostało tylko parę dni. Pamiętam, że malowałem go jeszcze dzień przed odjazdem do Wielkiej Brytanii, po rozmowie telefonicznej z którymś z mailorderowych trollów. Zapytałem go, czy zasada WYSIWYG będzie bezwzględnie obowiązująca... Oczywiście, tak, z całą pewnością, modele jej nie spełniające będą usuwane z gry lub będą mieć wyposażenie widoczne na figurce... I tak mój wampir nie dostał kopii, walczył jakimś magicznym mieczem. Oczywiście, głównie z przeciwnikami, którzy nie przejmowali się drobiazgami tego rodzaju, jak zgodność wyglądu z rozpiską;)

Do dziś Red Duke zajmuje zaszczytne miejsce w mojej kolekcji, czasem jest generałem, czasem którymś z pomniejszych bohaterów, niemniej jednak pojawia się na stole w praktycznie każdej mojej grze. I do dziś podoba mi się jego malowanie, choć, zapewne, teraz pomalowałbym go ciut lepiej.





czwartek, 9 października 2014

I jeszcze raz amerykańska milicja | And one more time American militiaman


Dawno na blogu nie gościło nic historycznego, może czas więc na powrót amerykańskiej milicji z czasów wojny o niepodległość USA. Figurka to - ponownie - jeden z wzorów milicjantów stanów północnych produkcji braci Perrych. Jako że jestem bezpośrednio po malowaniu starych figurek produkcji Citadel, mogę napisać w zasadzie jedno. Wstyd, panowie bracia, wstyd. Jakość odlewu, a miejscami i rzeźby tego milicjanta, jest parę klas niżej od wzorów Citadel sprzed jakichś dziesięciu lat. Ręce, po prostu, opadają.
Żeby nie pozostawić jednak tak negatywnego wrażenia, przyznam się, że malując tą figurkę dowiedziałem się czegoś nowego. To, że włosy wiązano w tak zwany harcap, to rzecz wiadoma. Widać to na sporej części figurek tej milicji. Zaciekawiło mnie jednak, jak nazywa się sam jedwabny woreczek na włosy, z tą fantazyjną kokardą na górze. I otóż, czego nie wiedziałem, nazwa ta brzmi zaiste uroczo - harbajtel. Pięknie, prawda?


It's been a long time since something historical was presented here, on my blog. So I think it is time to return to the miniatures of American militiamen from the War of Independence period. Miniature is - again - one of the Northern States militia figures released by Perry brothers. And, as I'm currently painting some older Citadel stuff too, I can write just one thing. Shame on you, Perry brothers, shame on you. Quality of the cast, and quality of the sculpt in some areas, is really, really, really poor. One can't even compare this miniature to the stuff Citadel made some ten years ago. Enough to make angels cry.
Well, as I don't want to leave just negative impression on all three readers (hello Marcin, Andrzej and Bartek) I will confess that I learned something new while painting this miniature. As we know, hair queue were popular in this era. I don't know precise English word, but Polish one is harcap (taken from German words, of course). Well, I was interested how the hair cup was described... And name of this sack is great - harbajtel:) Any English-language reader could enlighten me with proper English words, please?:)







wtorek, 7 października 2014

Ork z Mordoru | Mordor orc

Dziś pokazujemy jednego z nieprzeliczonej hordy orków z Mordoru malowanych przez Mormega. No dobra, z łatwością orków tych daje się jeszcze policzyć, ale "nieprzeliczona horda" nieźle brzmi, nie? To jeszcze jeden z pudełka plastikowych figurek, tym razem jednak nieco przerobiony. Oryginalny model dzierży w szerokim zamachu dwuręczny topór, ten ma broń jednoręczną, zasłania się też tarczą - pierwotnie maruderów Chaosu. Mam wrażenie, że ta osłona wyjątkowo dobrze tutaj pasuje. Fajnie udało się wykorzystać pierwotną pozę miniaturki - nie została zmieniona w najmniejszym stopniu, a pasuje jak ulał.

Today time for one of the myriad of Mordor orcs painted by Mormego. Ok, his orcs are - of course - quite easy to count yet but "myriad of orcs" sounds definitely good, doesn't it? This is one more miniature from the box of the plastic Mordor orc figures, just slightly converted. Original model is taking a wide swing with two-handed axe, this one is armed with one-handed axe and a shield taken from Chaos Marauders box. I think this shield fits here particulary well, adding to the whole dynamic pose of the miniature, unchanged from the original figure.